Warszawa - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Warszawa

Twórczość > Opowiadania

Szmulki

Wychowałem się na Szmulkach
To taka dzielnica w  Warszawie
Lepiej tam nie zachodzić
Chyba, że w ważnej sprawie.
Łochowska, Łomżyńska, Ząbkowska, Kawęczyńska
Siedlecka, Otwocka, Wołomińska i ….Radzymińska
Jeszcze w Warszawę nie wrosły na dobre
A już zapomniano o nich na lata całe.
Przyjedź i zobacz, przejdź się i popatrz,
Domy jak w wojnę ranione tak stoją jak stały
Jak by tam wojna trwała i dziś,
Warszawo - o Szmulkach czemuś zapomniała?
 Bramy, podwórka i oficyny,
 Schody i okna, figurka w murze,
Balkon, balkony i  trzepak przy murze,
Ślady świetności wciąż widać na nich.
Domy postrzelane w tamtej wojnie, dawno,
Stoją jak stały, zanim je trafiono,
W ich szeregach wciąż widać dziury czarne
To miejsca po domach które wyburzono.
 Bomby trafiły wiele domów wtedy,
 Gdy przed hordami Warszawę broniono
 Pamiętam schody które szły do nieba
 Stały samotne, jak by porzucone.
Kiedy to było? Dziesięć lat po wojnie
Którą ponoć w czterdziestym piątym zakończono.
Tylko o domach, by im powiedzieć o tym,
jakoś zapomniano….         listopad 2009


W Warszawie od 1958 roku
Nieznośna klasa

Tak około 1958 roku rodzice a i ja wraz z rodzeństwem przeprowadziliśmy się ze wsi do Warszawy. Dla mnie przejście z czteroklasowej, wiejskiej szkoły do szkoły warszawskiej to był szok
tak jak by mnie ktoś przeniósł dwie klasy wyżej z pominięciem roku nauki. Nie bardzo rozumiałem polecenia nauczycieli. Tam na wsi byłem jednym z najlepszych uczniów tu, w nowym miejscu dość szybko z większości przedmiotów miałem po kilka ocen niedostatecznych. Niedobrze dla mnie pełne zaskoczenie sytuacją nie w moim stylu być jednym z najgorszych.
Trzy lata chodziłem do tej szkoły podstawowej na Otwockiej w Warszawie. W pierwszym roku nauczyciele zastanawiali się czy nie zostawić mnie na następny rok a w ostatnim przyznali mi nagrodę za dobrą naukę. Dużo wysiłku mnie to kosztowało. Czasami na granicy możliwości rozwiązywania problemów przez dziecko jakim byłem przecież
wiejskie dziecko przeniesione do Warszawy końca lat pięćdziesiątych. Dzisiejsze Szmulki niewiele mają wspólnego z tamtymi.
Jaka to była szkoła? Budynek solidny, przedwojenny, dobrze utrzymany
tylko podłogi w niektórych salach były powojenne radzieckie wojsko jak tam stacjonowało paliło w piecach klepką z podłóg!
Jaka była młodzież?
Z ambicjami i kadra nauczycielska w większości reprezentowała stary, dobry przedwojenny styl.
Natomiast jeśli jest w klasie ponad czterdzieści dzieci to trudno czasami panować nad nimi. Nasza klasa była delikatnie rzecz mówiąc trochę nieznośna. Niektórzy nauczyciele nie radzili sobie z nami i z ogromnym trudem utrzymywali porządek tylko w pierwszych ławkach. Ci z tyłu sali często nawet nie zauważali, że w klasie jest już nauczyciel.
Kto wymyślił aby klasy były tak liczne?
Nie wiem.
Któregoś dnia przyszła do naszej rozbrykanej klasy nowa nauczycielka. Nauczycielka ta jeszcze nas nie uczyła ale w tej szkole była od „przed wojny”. Miała już swoje lata, niejedno widziała, niejedno przeżyła. Weszła do klasy, większość uczniów była całkowicie pochłoniętą najdziwniejszymi zabawami i chyba nikt nie zauważył, że właśnie rozpoczęła się lekcja. Nauczycielka położyła dziennik i powiedziała:
„Oj chyba się pomyliłam. Miałam uczyć w tej grzecznej piątej A klasie a to chyba jakaś inna klasa”
Ci w pierwszych ławkach usłyszeli „grzeczna klasa” i zdębieli to znaczy po prostu przestali rozrabiać. Nauczycielka powtórzyła jeszcze raz i jeszcze raz „grzeczna klasa”
za każdym razem słyszało to coraz więcej uczniów aż w końcu i ci co byli najdalej od nauczycielki zorientowali się, że dzieje się coś niezwykłego.
„Grzeczna klasa”
tego jeszcze nie było ktoś nas uważał za grzeczna klasę! Jak ktoś mówi o nas „grzeczna klasa” to znaczy trzeba tego kogoś szanować. Jak szanować? No, pilnować żeby była cisza w klasie, nawet ci najbardziej chuliganiaści pilnowali siebie i innych / zwłaszcza innych/ aby zachowywali się w klasie poprawnie i tak zostało warto dbać przecież o utrzymanie opinii „grzeczna klasa”.
Jakiego przedmiotu uczyła nas ta nauczycielka? Nie pamiętam ale nauczyła nas szacunku dla samych siebie.
Naszą wychowawczynią była Kozłowicz Irena o ile dobrze pamiętam imię. Chyba była starą panną, której przyszło opiekować się dziećmi przedwcześnie zmarłej siostro. Starała się jak umiała o nasze wychowanie. Jeździliśmy na wycieczki w Góry Świętokrzyskie, do Zakopanego, zwiedzaliśmy Kraków a i po Sudetach też wędrowaliśmy. Klasę do której przyszedłem prowadziła Kozłowicz od początku czyli od ich pierwszego dnia w szkole
ja dołączyłem do tej gromadki w piątej klasie.
Już po mojej maturze a więc pięć lat po ukończeniu szkoły podstawowej udało mi się z Łomżyńskiej, Łochowskiej, Otwockiej, Siedleckiej zebrać i namówić kilkoro uczniów z tamtej klasy aby pojechać z kwiatami do byłej wychowawczyni do domu. Pomimo tego że w klasie było nas ponad czterdzieścioro tylko około dziesięcioro dało się namówić na bądź co bądź ciekawie zapowiadające się spotkanie.
Pojechaliśmy, wchodzimy do willi na Górnym Mokotowie, wychowawczyni niezmiernie ucieszyła się z przyjazdu jej uczniów. Przywitała się z każdym z nich serdecznie, ze mną raczej z rezerwą i zdziwieniem co ja tam robię
nie wiedziała i nie dowiedziała się, że to ja ich namówiłem aby ją odwiedzić.
Polskiego w tamtej szkole uczył Witold Gawdzik znany jako Profesor Przecinek. Książki pisał
ale to było później na nas ćwiczył swoje rymowanki z których po latach powstały książki „Ortografia na wesoło” i Gramatyka na wesoło”. Jeszcze dziś obudzony nawet w środku nocy wyrecytuję:
"..kto? co? O rzeczownik pytaj
uczeń, Stach, gramofon, płyta,
jaki? Który?
żółty, słodki, czyj? państwowy to przymiotnik,
jak? Gdzie? Kiedy?
to przysłówek ładnie, blisko, dziś dość słówek...."
Ja miałem kłopoty z ortografią większe niż inni uczniowie. Kto wtedy słyszał o dysgrafii czy dysleksji? W dyktandzie potrafiłem zrobić nawet dwa razy więcej błędów niż było w nim słów a i dziś muszę uważać pomimo wsparcia programami komputerowymi.
Co ciekawe, doskonale radziłem sobie z rozbiorami gramatycznymi
były dla mnie logiczne a ortografia ze swoimi wyjątkami nie.
Po wielu latach spotkałem Gawdzika na ulicy Ząbkowskiej na poczcie
już był na emeryturze, pamiętał mnie a przynajmniej po przypomnieniu kilku faktów z przeszłości skojarzył mnie w końcu z tym co to sobie nie radził z ortografią.
Pochwaliłem się, że napisałem kilka książek, ucieszył się. Dwie z nich miałem przy sobie. Poprosił o książki i oczywiście o dedykacje. Wpisałem:
„Najlepszemu nauczycielowi
wdzięczny uczeń” zobaczył i poprosił abym w drugiej napisał:
„Autor, autorowi”       
 SJS

Ludzie w hotelu

Dziecko które ma nietypowe pomysły musi spotykać się z nietypowymi reakcjami otoczenia, zwłaszcza brzemiennymi w skutki jeśli są to reakcje ze strony ludzi dorosłych. Bardzo pożądane są w takich przypadkach rozsądek i doświadczenie ludzi w otoczeniu dziecka. To ich sposób reagowania będzie wsparciem dla wchodzącego  w życie lub spowoduje powstanie barier które mogą wpłynąć negatywnie na rozwój dziecka i jego postrzeganie świata.
Skąd ja to wiem?
Byłem właśnie takim dzieckiem, dzieckiem z nietypowymi pomysłami, dzieckiem któremu przyszło przejść przez nietypowe doświadczenia.
Wyrobiły się we mnie dwa mechanizmy
pierwszy trzymać swój świat z dala od świata dorosłych, drugi jeśli dorośli maja jakieś pretensje do mnie to oni sadzą, że mają rację i nie jest dla nich ważne co ja o tym myślę i co mam do powiedzenia.
Po przeprowadzce do Warszawy, a miałem wtedy jedenaście lat, ilość pretensji zgłaszanych przez dorosłych w stosunku do mnie wzrosła tak gwałtownie, że powoli zacząłem wierzyć w ich rację.
A nie wzrosła też liczba pochwał?
Nie, zdecydowanie nie, dlatego powstał pewien niedobry mechanizm
pretensja dorosłych na pewno jestem winien. Jak i dlaczego nieważne, coś tam musi być ich racji skoro tyle tego.
Wszystko się zmieniło gdy obejrzałem w telewizji film. W tamtej czarno
białej telewizji co to we wtorki odpoczywała w latach pięćdziesiątych, wyświetlili raz, tylko raz, film „Ludzie w hotelu”. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie, tak duże, że po ponad czterdziestu latach pamiętam go tak jak by to było wczoraj. Wrażenie jest tylko wrażeniem ale tak jak wyszedłem z rzeki w której się topiłem innym niż do niej wszedłem tak i po zakończeniu filmu byłem innym niż wtedy gdy się ten film zaczynał.
O czym był ten film? O bardzo zagubionym w obcym świecie człowieku, który w jedną noc przeżył i zobaczył więcej niż przez całe jego dotychczasowe życie.
Dobrze, dobrze, to w końcu o czym był ten film?
Do dużego miasta przyjechał z głębokiej prowincji wieśniak. Miał przy sobie trochę oszczędności i adres do mieszkających tam kuzynów. Niestety kuzynów nie zastał pod zapisanym adresem a od tej chwili stał się igraszką przypadków, oszustów, własnej naiwności i złośliwości losu. Nic więc dziwnego, że gdy zapadł zmierzch nie miał ani pieniędzy, ani nic do jedzenia ani miejsca do spania ani nikogo przychylnego przy sobie. Obce miasto, nieznane zwyczaje, całkowity brak umiejętności poruszania się w nowym środowisku jednym słowem nic dobrego bo nawet wody aby się napić nie ma za darmo. Na wsi woda dostępna była dla wszystkich a tu bez pieniędzy ani rusz.
Za płotem przy hotelu zobaczył fontannę. Tyle wody za darmo. Wieśniak jeszcze nie zdążył się napić z tej fontanny a już ktoś zaczął na niego krzyczeć „złodziej, złodziej” i tak zaczęła się dla wieśniaka kilkugodzinna walka nie o zapłatę ale o życie.
A kto to zabija za łyk wody?
A kto z tych co usłyszeli krzyk „złodziej, złodziej” wiedział, że chodzi o wodę i to z fontanny?
Do hotelu wezwano policję i zaczęto pokój po pokoju przeszukiwanie budynku.
Czego tam nie było?
Bandyci, mordercy, oszuści i nawet cały skład fałszywych pieniędzy. Życie gości hotelowych było o wiele bardziej skomplikowane niż można by było podejrzewać i poznajemy je wraz z kolejnymi miejscami w jakich ukrywa się wieśniak
poznajemy jego oczyma, tak jak by okiem ukrytej kamery.
Z każdą godzina groza narasta. Każdy z zamieszkałych w hotelu przestępców stara się ukryć dowody swojej działalności. Ci od fałszywych pieniędzy próbują wynieść poza kordon policji pieniądze w trumnie. Wieśniak podsłuchuje rozmowę i ukrywa się w trumnie. Policja oczywiście trumnę sprawdza i ku zdumieniu bandytów okazuje się w trumnie leży człowiek a nie pieniądze więc zamiast wyjść z nim, tak jak należało postąpić z nieboszczykiem z budynku, cofają się z powrotem do swoich pokoi i tu zaczyna się dosłownie walka o życie wieśniaka. Ucieka on za okno, po gzymsach, piorunochronie, rynnach próbując ujść prześladowcom lecz tłum zebrany przed hotelem dostrzegł go i kto żyw zaczął ciskać w niego kamieniami. Niedobrze, wysoko ale kamienie dolatują i już kilka trafiło zbiega.
Całe szczęście, że schował za pazuchą te fałszywe pieniądze. Gdy zaczął je rozrzucać tłum rzucił się był łapać ten „złoty deszcz”. Chwila zamieszania i udało się wieśniakowi przez uchylone okno wejść do jakiegoś pokoju w którym bawił się chłopiec.
„Czemu uciekasz?” - zapytał chłopiec.
„Bo mnie ścigają”
„Zrobiłeś coś złego?”
„Nie”
„To niepotrzebnie uciekasz”
Prawda jakie to proste? Chwila refleksji i wieśniak wychodzi spokojnie na korytarz hotelowy. Niezaczepiony przez nikogo, mija policjantów, złodzieji, bandytów, wystraszonych gości hotelowych i wychodzi z hotelu.
Jest już innym człowiekiem. Poznał świat ludzi bogatych, świat przestępców i zna już swoją wartość i swoje miejsce na ziemi.
Czy taka była dokładnie fabuła filmu jak opisałem?
Nie wiem, ale tak ten film oglądany tylko raz zapamiętałem. Film ten był jednym z kilku najważniejszych punktów na mojej drodze życia. Od tego dnia jeśli ktoś na mnie krzyczał czy miał jakieś pretensje to był to tylko krzyk i pretensja a nie odczucie, że coś źle zrobiłem. Od tego momentu moja ocena mojego postępowania, zresztą krytyczna i uważna, była ważniejsza niż ocena otoczenia.
Czy treść tego filmy jest taka jak przedstawiłem?
Sam jestem ciekaw na ile lata jakie upłynęły od dnia gdy ten film zobaczyłem, zniekształciły moje jego widzenie. Może jeszcze kiedyś ten film zobaczę? Może.
SJS   5.12.2004

Dawid i Goliat

Gdy miałem dziesięć lat ojciec dostał po ponad czterech latach starań przydział służbowego mieszkania w Warszawie. Przydział wiązał się z możliwością przeprowadzenia całej naszej rodziny ze wsi pod Garwolinem do Warszawy i zameldowania się w Stolicy. Były to czasy gdy te władze co przyszły wraz z pepeszami od strony Moskwy decydowały o tym kto może mieszkać w Warszawie a kto nie - długo tak decydowali aż Warszawę po swojemu umeblowali. Mój ojciec który był oficerem pożarnictwa musiał czekać na takie zezwolenie aż tak długi czas. Był bezpartyjny a i to że był w AK podczas wojny też nie pomagało. Nie pomagało to chyba słabe określenie
chyba bardziej odpowiadające prawdzie będzie “zdecydowanie przeszkadzało”. Bez problemu awansowały w tamtych czasach małe i duże ochlajpusy takie co to w okupację skrzętnie podporządkowywały się wszystkim niemieckim zarządzeniom ryzykować życie? Dla Polski? A po co? Tyle jest przyjemności i bez wódki ani rusz. Dla tych z AK i na dodatek niepijących w tym państwie zwanym PRLem to tak nie za wiele ci możno- i wszystkowładcy zostawili miejsca. Z tamtego okresu, pewnie nie bez powodu, zostało mi przekonanie, że ludzie władzy to pijacy i już. Czy zawsze? Nie, ale chyba tylko nieliczni z nich umieli zachować umiar w piciu.
Jak wyglądała przeprowadzka? Nie pamiętam ale już na wiosnę 1958 roku nasze meble znalazły się w Warszawie a jesienią to do szkoły miałem iść tam - w Warszawie. Wszystko nowe, wszystko nieznane i kapcie trzeba było w szkole mieć i worek na nie. Tam na wsi było nas chyba szesnaścioro w klasie a tu było ponad czterdzieści dzieciaków i jeszcze mnie tam tylko brakowało na dodatek nie wiem po co i tam na wsi nikt nie kazał nam kapci nosić.
 
Zderzenie odmienności Światów było nieuniknione i czasami bolesne
dla mnie. Jeden był tylko niższy ode mnie Adam Firkowski i chyba jeden którego już nazwiska nie pamiętam co mniej ode mnie rozumiał z tego co nauczyciele mówili. Bywa i tak lecz powoli nadrabiałem zaległości w wiedzy które były wynikiem w różnicy poziomów nauczania w tamtej i tej nowej szkole. Najcięższy był pierwszy rok. W drugim roku już mogłem mówić o małych sukcesach a w klasie siódmej to z fizyki i matematyki byłem już w gronie najlepszych a i szkołę skończyłem z wyróżnieniem.
Jakie były te dzieci w tamtych czasach wczesnego PRLu w szkole nr 126 na ulicy Otwockiej w Warszawie? Ambitne i nauczyciele w większości byli nastawieni na promowanie tych którzy mieli szerszą wiedzę niż szkoła wymagała i tych którzy chcieli zdobywać wiedzę. Janusz Galicki mój sąsiad już w siódmej klasie podstawówki zajął w teleturnieju z historii sztuki pierwsze miejsce. Dobrze się Janusz zapowiadał i nie tylko on. Ala Malenta, siostry Zosia i Basia Panek - wcale nie bliźniaczki a w jednym roku urodzone, Lilianna Podgórska, Przybylska - której brat był marynarzem i po Świecie pływał, Janusz Gołębiowski, Ania Bryś, Janusz Gąska, Sylwek Trendak, Todorski Zdzisław /ukryty talent matematyczny ale to dopiero na testach wyszło/, Marek Kurek, Krzysztof Michalski, Waldek Roguski, Marek Lichocki, Bogdan Majerowski, Zdzisław Skrajny, Tereska Kozieja, Staś Szymański, Jerzy Kul - co go chcieli przechrzcić pod pompą, Jola Ziółek, Konrad Wójcicki, i wielu innych których nazwiska czas zatarł a było nas w klasie ponad czterdzieścioro /na końcu umieściłem listę osób rozpoznanych na zdjęciu - może ktoś rozpozna jeszcze inne osoby?/.
W szkole prowadzono kilka kółek zainteresowań
najbardziej zapamiętałem “Kółko żywego słowa” które prowadził Witold Gawdzik czyli “profesor przecinek”. Po tylu latach pamiętam jak Ala deklamowała wiersz:
“Płacze pani słowikowa w gniazdku na akacji, bo pan słowik ...”
Może to nie Ala tylko Zosia Panek recytowała? Już nie pamiętam.



28. Klasa -  Szkoła Podstawowa 126 ul. Otwocka 3 w Warszawie gdzieś około 1958 roku
Było też kółko metaloplastyki ale kto je prowadził to nie pamiętam bo ten Pan nie uczył żadnego przedmiotu tylko siedział w pomieszczeniach w piwnicy które były wypełnione ogromna ilością wykonanych przez uczniów lichtarzy, wieszaków, noży i już sam nie wiem czego.
Nie należałem do żadnego kółka ani też chóru który prowadził Lebiedź. Wierszy unikałem, majsterkowania w piwnicy też. Nie bardzo wiedziałem co w ogóle robić z wolnym czasem, tylko wskazówki w dużym zegarze w pokoju wolno i całkiem jak mi się czasami wydawało nierównomiernie czas odmierzały.
Wchodzenie w nowe środowisko, zdobywanie kolegów, poznawanie miasta to wszystko odbywało się trochę jak na zwolnionym filmie. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko to było możliwe starałem się pojechać na wieś, tam do Rębkowa, do kolegów, do pól, łąk, lasów do swobody i przestrzeni której tak brakowało w mieście. Jak miałem 12 lat to już sam pociągiem tam jeździłem. Tam byłem u siebie. Jak jeszcze chodziłem tam do szkoły zorganizowałem grupę rówieśników. Razem spędzaliśmy czas na wspólnych organizowanych i wymyślanych przez nas zabawach. Graliśmy w Pikora, chyba we wszystkie możliwe i niemożliwe zabawy w wojnę, wędrowaliśmy po okolicy, jeździliśmy na nartach, sankach, łyżwach, strzelaliśmy z łuków i nie tylko. A jakie atrakcje dawała wtedy Warszawa? Kino, ZOO, spacery po starym mieście i wyprawy za wały na końcu Kawęczyńskiej gdzie ulica Boruty dokładnie określała charakter miejsca. Swobodniej i bardziej swojsko było na wsi.
Nic też dziwnego, że tak chętnie nawet w ferie zimowe jechałem na wieś do babci lecz wydarzyło się coś co te moje wyjazdy mogło zablokować. Może nawet nie same wyjazdy ale ich sens.
Otóż kierowniczka miejscowej szkoły tam na wsi, osoba bardzo wysoko postawiona nie tylko w lokalnej hierarchii bo była posłem na sejm
oficjalnie zakazała utrzymywania ze mną jakichkolwiek kontaktów moim rówieśnikom! Czy podała powody?
Nie.
W ogóle to miała zwyczaj używania w stosunku do młodzieży określeń: ty draniu, ty łobuzie i w żaden sposób nie mogę sobie przypomnieć aby używała określeń pozytywnych.
Wszyscy moi koledzy chodzili do kierowanej przez nią szkoły i w związku z tym miała nieograniczone możliwości bezkarnego wywierania na nich presji. Niedobrze, nawet bardzo niedobrze. Przyczepiła się do mnie zupełnie bez powodu
było to tym dziwniejsze, że w tym samym czasie przyjęła do tej szkoły swojego młodego jak ja jej krewniaka który został wyrzucony ze szkoły we Wrocławiu za kradzieże butelek na mleko.
Jak to kradzieże butelek?
W tamtych czasach mleko było w miastach wczesnym rankiem roznoszone do domów. Wystawiało się pustą butelkę a mleczarz zamieniał ja na pełną a tamten kuzyn dyrektorki szkoły chodził z kradł te wystawiane butelki aby następnego dnia sprzedać je w sklepie. Puste? Tak, chyba 2 zł było zastawu za butelkę. To tak codziennie jak te butelki podbierał to mógł nawet całkiem ładna kwotę na koniec miesiąca uzbierać ale go złapali. Wstyd i uznali, że tam we Wrocławiu to nie ma czego szukać i dali go do tej szkoły w Rębkowie. Bywa i tak.
Pojechałem w taki czas jak zwykle na wieś. Przyszli koledzy i mówią o zakazie. Dziwne i nie spotykane ale tak było. W pewnej chwili któryś z nich mówi, że idzie kierowniczka, koledzy pytają się co robić? Jeśli uważacie, że lepiej się jej nie narażać to zmykajcie do domów i kilku rzeczywiście przezornie, chyłkiem uciekło ale ci odważniejsi zostali.
Dyrektorka jak się okazało szła z konkretnym celem i tym celem byłem ja! Stanęła na drodze przed domem moich dziadków i zaczęła krzyczeć wyraźnie na mnie
ty draniu, ty łobuzie. Ludzie się na te krzyki zlecieli a ta krzyczy wyszedłem na drogę do niej i jak na chwilę dla złapania oddechu zamilkła głośno powiedziałem:
“Ale ja butelek nie kradłem”
Jak by w nią piorun strzelił. Skamieniała a ludzie w śmiech, znali mnie przecież tyle lat i wiedzieli że się po prostu ośmieszyła. Różne figle można było mnie przypisać ale nie kradzież. Po tym wydarzeniu dała mi całkowicie spokój tym bardziej że rodzice moich kolegów jednoznacznie powiedzieli i to wszyscy, że nie mają do mnie żadnych zastrzeżeń i nie ma powodu do ogłaszania zakazów.
- ---------------------------------------------
Przez wiele lat nurtowało mnie pytanie
dlaczego ta kobieta tak na mnie się uwzięła? Nie znajdowałem odpowiedzi lecz jestem bardzo, ale to bardzo dociekliwy. Gdy moja córka miała około 12 lat postanowiłem wybrać się z wizyta do tej mojej dawnej prześladowczyni. Znalazłem telefon, zadzwoniłem, zdziwienie ale zaproszenie uzyskałem i po kilku dniach pojechałem z żoną i córka z wizytą do byłej mojej nauczycielki i nieopatrznej gnębicielki. Sądziłem, że po tylu latach powie o co jej w końcu chodziło. Co było powodem tak niedorzecznych jej działań.
Weszliśmy do mieszkania, kwiaty, ciasteczka, siadajcie. Atmosfera raczej napięta i nerwowa. Zaczynam wspominać szkolne lata ale opowiadam same dobre wspomnienia. Trochę się rozluźniła
opowiedziałem co robię, jakie mam sukcesy. Ucieszyła się. Chyba niewielu uczniów ją odwiedzało. Nie nawiązywała do tamtych wydarzeń sprzed i ja też nic nie mówiłem. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy dobrze ponad dwie godziny nie dowiedziałem się motywów jej działań i już się pewnie nie dowiem.
Czy mam żal do niej ?
Nie, nawet wtedy przed laty dominowało we mnie bardziej zdziwienie niż żal. Sporo dobrego zrobiła ta nauczycielka dla wsi. Za jej czasów pobudowano dużą szkołę. Była tam dyrektorką do emerytury.
-----------------------------------------
Prawdopodobnym powodem jej zakazów było to, że żaden z chłopaków ze wsi nie chciał należeć do harcerstwa które chciał stworzyć ten od butelek z Wrocławia - mówili, że wolą moją "bandę" niż jego harcerstwo. Bywa! Myśmy nie kradli a jakie to harcerstwo jeśli "szef" kradnie?
Lista uczniów rozpoznanych na zdjęciu:

Pisarczyk czy Zakrzewski?
Żegliński Andrzej Łochowska i jego brat Edward
Kul Jerzy,
Kurek Marek z Siedleckiej,
Gołębiowski Janusz z Siedleckiej
Trendak Sylwek z Wołomińskiej
Firkowski Adam z Siedleckiej
Galicki Janusz z Radzymińskiej 34 ,
Lichocki Marek z Otwockiej - ma dobrą pamięć do mojego spisu dołożył jeszcze 10 osób,
? Drzewiecki Adam
Kucharczyk Wiesław ?
Majerowski Bogdan Łochowska,
Potrzebowski Wojtek z Wołomińskiej,
Kozieja /Borcz/ Teresa z Radzymińskiej chyba 28,
Ewa Bytnar?
? Drzewiecki Adam
ładnie grał na pianinie,
Wójcicki Konrad z Siedleckiej,  jak się ciepło na wiosnę robiło to raczej plener wybierał
dziś jest dyrektorem szkoły,
?
Roguski Waldek z Łomżyńskiej, - palił jak najęty, dziś w Krakowie?
?
Ziółek /Brudzińska/ Jolanta z Jadowskiej,
Jabłońska Barbara /Todorska/ ?
Przybylska Marysia z Ząbek?
Panek Zosia z Wołomińskiej,
Szymański Staś Łochowska brama przechodnia,
Zimińska Marysia z Radzymińskiej za wałami?
Dembecka Alicja - Łochowska
?
Malenta /Niziołek/ Alicja z Wołomińskiej,
Kozłowska Ewa,
?
Podgórska /Matysiak/ Lilianna z Wołomińskiej,
?
?
?
Bryś Anna /Orłowska, Wentowska/ z Siedleckiej,
Gąska Janusz /Więckowski/ z Siedleckiej
?
?
?
?
?
Janusz Szymankiewicz
a gdzie te osoby posadzić?
Panek Barbara z Wołomińskiej
Chmielewska Danka - może jej nie być na zdjęciu
Skrajny Zdzisław z Wołomińskiej,
Todorski Zdzisław z Łochowskiej,
Gołębiowski Janusz z Siedleckiej,
Michalski Krzysztof z Radzymińskiej 34,
a gdzie ja?
może ktoś kogoś jeszcze pamięta?
29.09.2003 SJS

Szmulki

Co to są Szmulki? Nie co to ale gdzie.
Szmulki to taka nieoficjalna nazwa obszaru Pragi zawarta miedzy torami kolejowymi Dworca Wschodniego, Dworca Wileńskiego a ulicą Targową. Wewnętrzną oś tego obszaru wytyczają ulice Ząbkowska, Kawęczyńska i odcinek ulicy Radzymińskiej od zbiegu tamtych ulic aż do samego wału.
Co to jest wał?
To nasyp torów kolejowych idących od Dworca Wschodniego w kierunku Gdańska. Ten wał to jeszcze rozwidlał się tworząc swoisty „trójkąt bermudzki” na styku Szmulek, Targówka i Grochowa. Tam to nawet przez kilka lat milicjanta nikt nie widział. Pewnie dlatego tak dobrze w czasach szkoły podstawowej tam nam wychodziły różne zabawy a zwłaszcza eksperymenty oparte na mniej lub bardziej skomplikowanych mieszaniach chemicznych. Ot taki poligon doświadczalny akuratny dla „małego chemika” czy raczej pirotechnika.
Wzdłuż wału, od wiaduktu co kończył „naszą” Radzymińską szła w kierunku Kawęczyńskiej a następnie w kierunku Dworca Wschodniego jedyna chyba w swoim rodzaju ulica w Warszawie, ulica nomen omen Boruty. To była taka ulica jak i jej patron
sam diabeł tam wieczorami mówił dobranoc a przejechać to tam można było tylko w dzień i to tylko rowerem bo to była tak naprawdę tylko ścieżka. Może i niektóre kawałki bruku między końcem Kawęczyńskiej a torami Dworca Wschodniego to były kawałki tej ulicy ale w tamtych czasach czyli w końcu lat pięćdziesiątych to nawet na mapie było z tą ulicą inaczej niż w rzeczywistości.
Jedynym mieszkańcem tej ulicy w tamtych czasach to był żebrak który żył w baraczku jakieś sto, dwieście metrów od pętli na Radzymińskiej. Dziś to pewnie będzie za tym miejscem gdzie „Szewczyk” ma swój warsztat. Jak ten żebrak umarł to się okazało, że był jednym z najbogatszych wtedy w okolicy. W materacu było tyle pieniędzy, że samochód mógł sobie kupić.
To nie tak dużo! Dużo, bardzo dużo
wtedy samochód to kosztował około 200-300 pensji i jeszcze nie można było tak łatwo kupić.
Za wały nie chodziło się samemu, bo to i po co i niebezpiecznie było. Przecież tam tacy sami jak my przychodzili i z Targówka i z Grochowa i oni ten teren też uważali za swój plac zabaw. Czy dochodziło do bójek? Nie, raczej staraliśmy się utrzymywać „odpowiednią” odległość tak aby sobie nawzajem nie przeszkadzać. Utrzymywaniu odległości bardzo ułatwiały te nasze eksperymenty pirotechniczne czyli petardy domowej konstrukcji i rakiety robione z gilz od dubeltówek.
Doskonałą obudową do rakiet okazały się gilzy dwunastek i szesnastek wciskane w siebie. Wystarczyło z jednej z nich wybić spłonkę i już dysza rakiety była gotowa. Mieszanina saletry potasowej, tej do peklowania mięsa i cukru pudru co był dla posypywania pączków przeznaczony, dawała całkiem wydajne paliwo rakietowe. Po te gilzy to myśmy jeździli aż na drugi koniec Warszawy, na Marymont, na strzelnicę myśliwską. Była to kilkugodzinna wyprawa.
Dobrze zrobione rakiety to i dwieście metrów a nawet trzysta przeleciały. W górę? Jak leciała w górę to było trudno określić jak wysoko ale zdarzało się, że rakieta po starcie wybierała lot poziomy i wtedy można było określić zasięg dość dokładnie.
Wypadków przy tym nie było? Nie, groźnych nie, czasami zdarzały się „śmieszne” - ostrożni widać byliśmy. Nawet lonty sami robiliśmy z moczonych w roztworze saletry sznurowadeł. Małe, krótkie lonty można było kupić w sklepie z zabawkami na Ząbkowskiej naprzeciwko sklepu z rurkami z bitą  śmietaną. Były sprzedawane jako „pociski” do takich małych armatek
zabawek. Tam też kupowaliśmy kapiszony do własnej konstrukcji zapalników.
Czy dziś, tam młodzież bawi się podobnie? Nie sądzę. Chyba po nas już nikt tylu i takich pomysłów nie realizował tam za wałami i nie tylko. Inni byliśmy? Pewnie i my inni byliśmy i czasy inne. Lepsze? Ani lepsze ani gorsze
po prostu inne. To było zaledwie kilkanaście lat po wojnie. Jak kręcili na Łomżyńskiej kolejny odcinek Klosa to dziwne rzeczy się działy. Ponoć nie było chętnych do grania Niemców a jak w czasie przerwy w kręceniu filmu jeden „gestapowiec” zadzwonił do drzwi do mieszkania bo chciał wody to kobieta która mu otworzyła zemdlała. Dla niej ta wojna którą oglądaliśmy tylko na filmach widać jeszcze nie całkiem się zakończyła.
Nam szykowano inne wojny i podboje
bohaterem miał być Lumumba którego zabili zanim sam zaczął na dobre zabijać a o naszym rotmistrzu Pileckim to dopiero trzydzieści lat później mieliśmy się prawdy  dowiedzieć gdy  o Lumumbie nikt już nie pamiętał.
SJS 10.12.2004

Papierosy

Sylwek miał kruczoczarne włosy i dziewczyny za nim szalały a tak przynajmniej mi się wydawało. Powiem więcej - wydawało mi się, że szaleją za nim dlatego że ma takie czarne włosy. Szampony już wtedy pod koniec lat pięćdziesiątych były koloryzujące i poprosiłem siostrę aby mi te moje włosy podczerniła. Radości było co nie miara ale to nie ja się cieszyłem tylko siostra z dowcipu że szampon mi rozjaśniający dała. Hm - jaki to dowcip? Jak ja miałem przychylność koleżanek zdobyć z jasnymi włosami? Wchodzenie w życie usłane jest pułapkami.
Po latach w telewizji Kaszpirowski w telewizji różne czary mary wyczyniał i był taki program z nim w którym widzowie mieli się skupić i czegoś zapragnąć i to miało się spełnić. Czego tu można dla siebie pragnąć? Nic mi nie przychodziło do głowy ale nagle błysk - może te włosy moje mogłyby być czarne?
Nie minął rok jak znajomi pytają mi się czym ja te swoje włosy poczerniłem. Niczym. To dlaczego masz takie czarne? Mam? A to ciekawe ale o tym Kaszpirowskim to ja nic nie mówiłem, nie przyznawałem się. Ciekawe, że o te czarne włosy to pytały panie - może jednak coś w tym Sylwka powodzeniu z tym włosami było?
Sylwek miał starszego brata i ten brat długo zwlekał aż w końcu zdecydował się na ślub i wesele było w domu. U Sylwka w domu na Wołomińskiej. Sylwek chodził między gośćmi i co któryś nieopacznie zostawił gdzieś paczkę papierosów to ją chował. Przyniósł do szkoły chyba z pięć rozpoczętych paczek papierosów, różnych oczywiście.
Po lekcjach poszliśmy całą paczką za wały co to były na końcu ulicy Kawęczyńskiej. Tam raczej nikt ani z rodziców ani z nauczycieli nie zaglądał. Nawet ulica tuż przy wałach miała odpowiednią nazwę - "Boruty". Tam chyba nikt nie zaglądał oprócz takich samych jak my. Zyskać za tym wałami to tylko swobodę można było a stracić dużo.
Swoboda to swoboda chyba w pięciu wypaliliśmy te Sylwkowe papierosy a raczej nie paliliśmy wcześniej. Jak się papierosy skończyły wróciliśmy na Łomżynską gdzie akuratnie wesołe miasteczko się rozstawiło. Strzelnice karuzele i takie inne. Postrzelaliśmy, coś tam wygrałem no to poszliśmy na karuzelę.
I do domu - jakoś tak nas coś skierowało - każdy do swojego.
Następnego dnia w klasie brakowało pięciu "palaczy" - pochorowaliśmy się wszyscy.
Do dziś chyba żaden z nas nie pali. Nie było wtedy z nami Waldka Roguskiego i pewnie dlatego on jedyny w klasie wszedł w nałóg palenia a pluł i palił jak Savalas.

SJS

Drzewa w Łazienkach.

Szum miasta cichnie w parku, w drzewach,
A drzewa nic, i nic i nic
Bo wiatr im przecież w liściach śpiewa
Pieśń starą, starą pieśń bez słów.
Mrucz sobie miasto, bezsilnie mrucz.

 Konary drzew park objąć pragną
 Szerzej i więcej co rok, co rok
 I w tym wyścigu niektóre padną
 Następne dalej wędrując garną
 W podcienie drzewa przestrzeni mrok.

Czasu złudzenie zatrzymanego
Niech cię nie zmyli, mój gościu tu.
To tyś nietrwały, a nie te drzewa
Pamiętaj o tym spójrz w prześwit nieba
To wszystko będzie, przeminiesz ty.

Korzenie drzew jak łapy smoka,
 Trzymają ziemię w objęciach swych.
 Ziemia, korzenie, pnie starych drzew
 A ponad nimi ramiona czarne
 Dźwigają liści i wiatru śpiew.

Noc wraz z cieniami w park się wkrada
Sączy, wypełnia chłodem aleje
A drzewa rosną, rosną i rosną
Rośnie wraz z nimi w gałęziach zmrok
A wraz z drzewami park ogromnieje.

Z naszych nauczycieli ze szkoły na Otwockiej żyje chyba tylko Witold Gawdzik.
Ma tak dobrą pamięć, że na spotkaniu klasowym o każdym z nas coś opowiedział.


IV spotkanie klasowe dzieciaków ze szkoły 126 z ulicy Otwockiej
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego