Po tamtej stronie tęczy - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Po tamtej stronie tęczy

Twórczość > Opowiadania

Seans

Gdy wybieramy się do kina czy teatru mamy przynajmniej kilka informacji na temat filmu czy sztuki. Wiemy czy jest to nowość, czy może klasyka w nowej szacie, dramat czy komedia. O filmie wiemy najczęściej czy jest to horror, fantastyczno  - naukowy, historyczny czy kryminał. Czy zdarzyło wam się jednak być świadkiem spektaklu który zawierał wszystkie wymienione tu formy? Bo mnie tak się właśnie przydarzyło.
Wiele, wiele lat temu, gdy trochę odpuściły lody na Wschodzie, wybrałem się na Białoruś, Litwę a także do Rosji. Dotarłem i do Moskwy i Leningradu.
Były to czasy gdy zdjęcia robiliśmy w większości czarno
białe. Kolorowe to były tylko slajdy i filmy do kamer ośmiomilimetrowych.
Wystarczyło aby chociaż w części udokumentować to co tam widziałem?
Tak mi się wtedy wydawało ale filmy i odbitki wywoływane po tamtej stronie granicy  miały fatalną jakość. Ziarno duże, kontrasty byle jakie i raczej tylko można domyślać się co przedstawiają zdjęcia. O podziwianiu uszczegółów raczej nie ma co marzyć. Zdjęcia robione na szklanych kliszach siedemdziesiąt lat temu przez mojego ojca są bez porównania lepszej jakości.
Z tymi filmami ośmio-milimetrowymi i  z początku lat osiemdziesiątych jest na tyle niedobrze, że gdybym kilka lat temu nie zgrał ich na magnetowid to dziś już nie byłoby czego oglądać. Rozmywały się i kolory i filmowane obiekty do tego stopnia, że ledwie dziś można odróżnić kto i gdzie był filmowany.
Odchodzą te filmy w niepamięć razem z  zapominaniem co to było takiego ZSRR a był to twór w którym obok siebie próbowały egzystować i wielkość i nieporadność, groza i śmieszność, strach i zdumienie, że coś takiego może funkcjonować.
Już samo przekraczanie granicy, które trwało 36 godzin mówi o sprawności służb celnych i ich trosce o obywateli. Czy tyle nas trzymali na samej granicy? Nie, tyle to my staliśmy w kolejce do odprawy a jak już podjechaliśmy do celników to się okazało, że ci po tamtej stronie granicy sobie przerwy robią tak po dwie godziny. Ot tak po prostu kiedy uznali, że się już napracowali to gdzieś znikali. Co prawda ci co czekali z nami w kolejce twierdzili, że te przerwy to dla kurażu aby zawartość procentów w organizmie nie spadła poniżej bezpiecznej dla organizmu granicy, ale to chyba niemożliwe.
Pić  w pracy i to na granicy?
No dobrze, był wtedy upał, może byli zmęczeni i w tych szklankach to mieli kwas chlebowy? Pewnie tak bo jakoś tak zacierem później pachniało.
Starczyło nam jednak cierpliwości i jakoś nas przepuścili tym bardziej, że nie protestowaliśmy jak sobie na pamiątkę coś tam  wzięli z naszego bagażu. Ciekawe czy nas pamiętają ale chyba nie bo nie chcieli żadnej dedykacji
pewnie taki zwyczaj.
Związek Radziecki to była dopiero potęga. Broń atomowa, łodzie o napędzie atomowym, potężna armia, kraj z taką ilością różnorodnych surowców, że właściwie to im żaden inny kraj nie mógł dorównać. Myślę nawet, że ZSRR był na tyle samowystarczalny, że mógł zapomnieć o reszcie Świata, o innych małych krajach. Po co im tam na Wschodzie inne kraje jak w ZSRR wszystko było!
Pewnie jednak czegoś nie było bo ten potężny kraj nie tylko interesował się wszystkimi krajami jaki były lub mogły być i wysyłał gdzie tylko się dało swoje wojska. Może dlatego, że źle zaplanowali i wyprodukowali nadmiar żołnierzy i nie mieli gdzie ich podziać bo inaczej jak wytłumaczyć ich postępowanie?
Mam wszystko a jeszcze chcę mieć więcej?
Może to jakaś choroba? Ktoś wspominał, że istniej taka choroba co się „władzą” nazywa.
O wiem czego tam nie mieli
benzyny. Można było przejechać kilkaset kilometrów i nie trafić na żadnej stacji na paliwo.
Zaraz, zaraz coś tu nie pasuje
przecież ten kraj miał bogate złoża ropy naftowej to dlaczego nie było benzyny. A, nie wiem. Tyle lat upłynęło a ja nie wiem i się chyba już nie dowiem.
Nie mieli też gumy do żucia i Coca Coli i piwa w puszkach. Jak się poutykało po bagażach gumę to po tamtej stronie chętnych było zawsze więcej niż tej gumy. Dziwne ale tak było -ponoć guma do żucia podważała zasady ustroju.
Wolne żarty, a co ma guma do żucia z ustrojem państwa?
Może ktoś tam u władzy był przeciwnikiem gumy?
Przez tyle lat?
To chyba niemożliwe, przecież ci u władzy zmieniali się lub ich zmieniano a niechęć do gumy i Coca Coli pozostawała
ot i zagwozdka.
Ciekawe było po tamtej stronie granicy wykorzystywanie kościołów, cerkwi, minaretów, bożnic czy nawet cmentarzy. Widać władze tam miały bardzo praktyczny stosunek do tego typu budowli i miejsc. Wychodzili chyba z za łożenia, że to domy modlitwy są niewłaściwie wykorzystywane bo wymyślono wiele sposobów  na ich zagospodarowanie. W bożnicy można przecież zrobić sklep meblowy, w kościele ile to sztucznych nawozów można składować a jak się poprzewraca macewy i trochę je poukłada to całkiem dobry plac targowy wyjdzie. Tak było tam przez dziesiątki lat ale gdy my tam pojechaliśmy wiele już się zmieniło i zmieniało dalej. Z kościoła usunięto skład nawozów, cerkiew odnowiono tylko z bożnicą i kierkutem było jak dawniej bo nie było komu się o nie upominać.
W Wilnie, w Katedrze jeszcze funkcjonowało Muzeum Sztuki, w Kościele św. Pawła jeszcze działało muzeum ateizmu ale już odrestaurowano ołtarze. Powoli z pod skorupy lodowej odchodzącej epoki zaczynały wypływać  strumyki świadczące o nadciągającej odwilży.
Udało się nam nawet wejść do zamkniętego muzeum ateizmu. Kilka rubli zaoferowane obsłudze okazało się ważniejsze niż bilety i godziny otwarcia. Dość nieciekawe wrażenia tam w tym muzeum doznaliśmy. Dziwne połączenie niechęci czy wręcz nienawiści do wiary, do kościoła przedstawiały zgromadzone tam eksponaty. Samym centrum zła według twórców tego muzeum  to był Watykan!
Umieszczone przy  kopii zabudowań Watykanu komentarze nie pozostawiały zwiedzającym żadnych złudzeń. Zło na tej wystawie to wiara, zło to religia a samym centrum zła jest Watykan.
Osoba która nas tam wpuściła chyba nie zamknęła drzwi do muzeum bo za nami weszła grupa turystów z Polski a dokładnie ze Szczecina. W tej grupie były też osoby które pochodziły z Wilna. Dla jednej ze starszych Pań widok eksponatów tego muzeum umieszczonego bluźnierczo w kościele był takim szokiem, że nie mogliśmy jej uspokoić. Ta kobieta  w tym kościele przed wojną brała ślub  a tu muzeum ateizmu!
Być w Wilnie i nie być w Ostrej Bramie to tak jak być w Rzymie i Papieża nie widzieć.
Weszliśmy po schodach do kaplicy nad Ostrą Bramą. Kilka klęczących kobiet, modlitwy odmawiane w milczeniu, całe ściany obwieszone wotami dziękczynnymi za wyproszone łaski czy uzdrowienia. Cisza.
W pewnej chwili do kaplicy weszła wycieczka Rosjan. W większości były to kobiety. Trochę hałaśliwe, trochę zagubione  i nie bardzo wiedzące jak się zachować i gdzie są. Z daleka musiały przyjechać i nikt im chyba nie wytłumaczył gdzie idą. Jedna  z tych kobiet na widok modlących się głośno powiedziała: „Wykształceni a w zabobony wierzą, też coś” Była w jej wypowiedzi i pogarda i zdziwienie. Ktoś kto wycieczkę przyprowadził szybko po tej wypowiedzi  ich zabrał. Znów zrobiło się cicho.
Gdy  oglądaliśmy wota w skupieniu podeszło do na starsze już małżeństwo Rosjan. Dobrze ubrani ludzie i po cichu aby nie zakłócać spokoju miejsca kobieta zapytała:
„Co to jest na ścianach?”
Przez chwilę myślałem, że żartuje ale uświadomiłem sobie, że ci ludzie od dzieci wyrośli  w tym kraju, w kraju w którym wszystkie religie zastępowano jedną
czyli komunizmem.
Po cichu wyjaśniłem co to są wota, dlaczego tam się znalazły i co każde z nich oznacza. Wysłuchali w powadze, podziękowali, bardzo uważnie obejrzeli wszystkie zgromadzone tam pamiątki. Ot jak różne mogą być zachowania ludzi. Jedni potrafią uszanować wierzenia a inni nie.
„Ludzie są różni
jak mawiał Niemiec co cudem wydostał  się z okrążenia pod Stalingradem są dobrzy i źli Niemcy, są dobrzy i źli Polacy”
Widać ta wypowiedź Niemca z 1947 w Kłodzku dotyczy nie tylko tych dwóch wymienionych przez niego nacji.
SJS 13 marzec 2005

Lenin czy Pioter?

Czy można wjechać do Leningradu a wyjechać z Petersburga?
Tak dokładnie to z Saint Petersburga albo jak kto woli z Sant Peterburga. Myślę, że było to nieporównywalnie ciekawsze przeżycie niż to co czego doświadczyli pasażerowie pociągów które wyjechały gdzieś tak na wiosnę 53 roku do Katowic a dojechały do Stalinogrodu. Większość pasażerów tych kilku "zagubionych" pociągów nie chciało wysiadać z wagonów a ponoć miny mieli raczej takie sobie. Żeby zrozumieć co ci ludzie czuli to tak trzeba przypomnieć jaki to był czas. Koszmar wojny zakończył się dopiero osiem lat temu, koszmar czasów stalinowskich dotknął każdego i co gorsza narastał a żadne miejsce nie było pewne, chwila radości i nadziei jaka pojawiła się wraz z wiadomością o śmierci Stalina była i wątła i krótka. Ludzi aresztowano pod byle pretekstem - zepsuł się trolejbus - ktoś z pasażerów skomentował "jaki to złom ZSSR nam daje" i już ten człowiek do domu nie wrócił. Tak od razu z ulicy wzięli i teraz proszę sobie wyobrazić - wieczorem siadasz w takich czasach w Warszawie w pociąg do Katowic a po całonocnej podróży o oznaczonej porze okazuje się, że jesteś w mieście którego nazwy nigdy nie słyszałeś i na pewno w Polsce takiego miasta nie było a megafony wyraźnie zapowiadają, że jesteś w Stalinogrodzie i napisy na tej stacji też "Stalinogród" - to co pomyślisz? Koszmar, wywieźli jak nic do Sowietów, za co?- Żydów przecież Niemcy też tak niby wieźli do stacji Treblinka - oj niedobrze, niedobrze.
Kto to mógł przypuszczać, że w nocy Katowice stały się Stalinogrodem.
Moja przygoda z Leningradem była o wiele przyjemniejsza. Zaczęła się gdy Lala zaproponowała wycieczkę do Leningradu, wycieczkę tak prywatnie, samochodem do Leningradu a był to rok 1991 czyli dwa lata wcześniej skończyła się Epoka Kamienia Jaruzelskiego.
Wsiedliśmy więc w dwa samochody naszego Malucha i Żiguli którym Igor do Polski do nas przyjechał i ruszyliśmy w kierunku granicy do Brześcia. Już kilka razy tę granicę przekraczałem ale zawsze pociągiem - wrażenia futurystyczne, nierealne miałem ale tak samochodem to pierwszy raz.
Świat baśniowy to i przygody też nierealne - bo jak opisać 36 godzin stania w kolejce samochodów do granicy? Zasnąć? Przecież co kilka - kilkanaście minut ta kolejka rusza o jeden o dwa samochody. Gdybym wiedział, że kolejka ma ponad dziesięć kilometrów to pewnie bym, zawrócił do domu do Warszawy - to tylko niecałe dwie godziny jazdy - no tak ale po drugiej stronie granicy też tylko niecałe dwie godziny jazdy do Słonima.
To w końcu do Słonima czy do Leningradu jechałem?
Do Słonima trzeba było dojechać, tam mieliśmy zostawić naszego Malucha i dalej już Żiguli na miejscowych numerach bo inaczej to by było trudno.
A kolejka?
A kto mógł przypuszczać, że coś takiego może się zdarzyć?
Bez wody, bez toalety, bez jedzenia i bez informacji ile jeszcze trzeba czekać. Nawet krzaków to przy tej drodze nie było i drzew co by cień dawały też.
To jak ludzie sobie radzili?
Może nie będę opisywał - ciekawe tylko czy chłopi miejscowi ci których pola przylegały do tej drogi to byli zadowoleni czy nie? Myślę że raczej nie.
W nocy jak była zmiana celników to nawet przez godzinę, dwie kolejka nie podjeżdżała nawet o samochód i wtedy się zdrzemnąłem. Igor, młodszy ode mnie wcale nie spał - tak dwie doby.
Granicę to przekroczyliśmy około 23 czyli już w nocy. Igor oszczędzał i chciał kupić benzynę w Brześciu po drugiej stronie granicy bo to za ruble ale o tej godzinie to w tym dużym mieście stacje benzynowe już były nieczynne a w samochodzie Igora paliwa nie za dużo. Co robić? Nic, trzeba jechać dokąd da się dojechać, może po drodze coś będzie można kupić. Jedziemy więc na skróty - ja jadę tamtędy pierwszy raz - Igor prowadzi, zna drogę. Tak gdzieś na trzydziestym kilometrze na skrzyżowaniu co wg mnie i mapy powinniśmy skręcić w prawo Igor jedzie prosto - mrugam światłami - zatrzymał się.
Pytam czy na pewno dobrze jedziemy?
Tak - znam tą drogę.
Jedziemy, jedziemy droga prosta równa, betonowa i żadnych samochodów tylko my. A że czterdzieści kilometrów przejechaliśmy jak nad drogą napis przeczytałem "Puszcza Białowieszczańska" czy jakoś tak bo to było cyrylicą. Dobry wynik ja mawiał Krzyś - nie dość, że nie mamy paliwa to do Białowieży blisko tylko granica i już.
To teraz już Igor nie miał wątpliwości - miałem rację - ale z benzyną krucho. Słucham i słyszę, że coś tak szumi z daleka. Światła na drodze a więc nie tylko my tutaj - jakiś samochód jedzie, zatrzymujemy, pytamy o benzynę - pięć litrów odstąpi, też dobrze.
Wracamy - do tego skrzyżowania co powinniśmy skręcić i na Słonim - jeszcze jakieś 150 kilometrów przed nami. Po drodze stacje nawet były benzynowe ale wszystkie zamknięte. Tak po 50 kilometrach zatrzymujemy się bo Igor ma już resztki paliwa na jakimś oświetlonym skrzyżowaniu, chyba nawet przy stacji benzynowej i dumamy co tu zrobić. Już bliżej do rana niż do północy, nikogo nie będziemy budzić przecież, czekamy. Niedługo nawet czekaliśmy - jedzie samochód - wychodzę zatrzymać - dodał gazu, przejechał obok ale po jakiś dwustu metrach zatrzymał się i wraca. Okazuje się, że Polak, Malucha zobaczył a więc Polacy potrzebują pomocy.
"Benzyny- ma Pan?"
"Nie bardzo ale te kilka litrów odstąpię."
Jedziemy więc dalej. Igor pierwszy - ja zanim. Patrzę a samochód Igora raz na środku jezdni raz przy krawężniku - daję sygnał światłami. Igor się zatrzymał - mówię - zasypiasz, przebiegnij się, przysiady i dopiero jak dojdziesz do siebie pojedziemy dalej. Dojechaliśmy nad ranem - do Słonima a do Leningradu jeszcze tylko 1000 kilometrów.
Kto to Lala?
Lala to Polka która jako dziecko została po tamtej stronie granicy, matka Igora i Jury. Wyszła za Białorusina - porządny chłop był z Koli a mimo to Lala chciała w Polsce mieszkać. Kola był sporo od niej starszy więc mówiła, że jakby Kola umarł to ona do Polski się sprowadzi. Umarła pierwsza a Kola z rozpaczy w kilka miesięcy po niej.
Kola pracował na Syberii - miesiąc pracy, miesiąc wolnego. Opowiadał jak wygląda tam wiosna. Śnieg znikał bardzo szybko, wiosna przychodziła nagle ale ziemi nie było widać. Po horyzont leżały - butelki, puste butelki, potłuczone butelki - coś przecież trzeba było robić przez te zimowe wieczory.
SJS

Ermitaż - tu nie wolno tu czysto

Jakoś udało się szczęśliwie dojechać do Leningradu. Dobrze, że Jura obeznany w tamtejszych realiach wypełnił cały bagażnik kanistrami z benzyną. Stacje benzynowe to nawet były po drodze ale benzynę to można było kupić dopiero tak gdzieś około 100 kilometrów przed Leningradem - ponad 800 kilometrów i ani kropli benzyny na stacjach.
Drogi były niezmiernie ciekawe, inne niż u nas, szerokie i nawet w większości utwardzone.
To znaczy, że to były drogi polne?
Nie, u nas nie ma odpowiednika tamtych dróg- najczęściej były szerokie tak na trzy pasy ruchu w jedną stronę, całe odcinki były pokryte asfaltem oprócz tej jednej drogi co zabłądziliśmy do Puszczy Białowieszczańskiej, ale tamta to była rokada - wojskowa, betonowa. Zdarzało się, że jechaliśmy piękną, szeroką drogą, asfaltową - droga która nagle urywała się i dalej była droga o tej samej szerokości ale szutrowo- błotnisto - kamienna. Kamienie na niej to nie były u nas tak dobrze znane brukowce tylko kambulce wielkości głowy człowieka dość nieregularnie rozłożone w różnych miejscach tej drogi. Dobrze, że nie pojechaliśmy naszym maluchem, dzięki temu dojechaliśmy. Opony po drodze naprawialiśmy trzy razy - w tamtą stronę.
Miejsce do którego jechaliśmy śniło mi się kilka razy - piękne wysokie budynki stojące przy kanałach z wodą - wchodzę do wnętrza jednego z budynków a tam zniszczenie, brud prawie ruina. Ot taki sen co się potrafi powtarzać.
Miasto nad Newą jest rzeczywiście piękne car Piotr który tak wysoko cenił naszego króla Jana III Sobieskiego stworzył perłę. Zachwyceni, wręcz zaszokowani miastem, jego zwodzonymi mostami, pełnomorskimi statkami które wpływają do centrum miasta poszliśmy zwiedzać zbiory Ermitażu. Wrażenia trudne do opowiedzenia, zbiory obrazów największych mistrzów europejskich które być może nigdzie więcej w Europie nie są tak bogate, tak liczne.
Po kilku godzinach nogi odmówiły posłuszeństwa - cóż z tego, że oczy jeszcze chcą oglądać gdy co chwilę mam ochotę usiąść. Wypatrzyłem napis KAFE - to idziemy tam -jest kawa i ciastka też. Staję w kolejce - proszę o kawę i ciastka - a nie u mnie to kawa a ciastka to trzeba stanąć w drugiej kolejce u koleżanki.
"Dlaczego? Przecież to ta sama. lada!"
"Bo my się osobno rozliczamy!"
No dobrze - kupiłem kawę u jednej, ciastka u drugiej i z tacą rozglądam się gdzie tu siąść - o jest miejsce. Idę tam stawiam tacę i prawie natychmiast przychodzi Baba ze ścierą i mówi:
"Tu nie wolno bo tu czysto" .
Zamurowało nas - chwila zdumionej ciszy i ryknęliśmy śmiechem.
Babę wywiało.
Oj trudno rządzić tym krajem, bardzo trudno.
29. Fot. Tak na pamiątkę, Petersburg
Zuzia czyli Ewa, Jura Żuk i ja

Chciałem sprawdzić swój sen o Petersburgu - więc wszedłem do takiego jednego z domów i zobaczyłem, że odnowione są tylko frontony domów a wewnątrz, ruina, wieloletnie zaniedbanie - sen mara, jeszcze dziś to widzę.
Jak już wjeżdżaliśmy do Leningradu to okazało się że mieszkańcy nie używają tej nazwy - mówili z dumą Saint Pitersburg i tak jechaliśmy do Leningradu a wyjeżdżaliśmy z Petersburga. Oficjalna zmiana nazwy nastąpiła we wrześniu 1991 roku.
SJS
Grób dziadka - duchy?

Mój dziadek urodził się w tym roku co to w Petersburgu cara zamachowcy zabili. Cara próbowano wiele razy zabić. Próbował Antoni Berezowski w 1867 w Paryżu i Ignacy Hryniewiecki w 1881 roku w Petersburgu aż się udało.
Ślub moi dziadkowie brali w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1900 roku w Ostrołęce czyli młodzi byli po dziewiętnaście lat chyba mieli. A to co nie można ustalić dokładnie po ile lat mieli? W tamtych czasach i nie tylko zresztą wtedy metryki urodzenia nie zawsze zgodne z prawdą były, metryki ślubów też. Rodzice dzieci które rodziły się pod koniec grudnia zazwyczaj zapisywali dopiero w styczniu i podawali już styczniową a nie grudniową datę urodzenia.
W czasie Pierwszej Wojny Światowej Ostrołęka została prawie doszczętnie zniszczona. Dziadkowie z dziećmi co prawda zdołali wyjechać tuż przed zbliżającym się frontem w głąb Rosji lecz wracali z nad Dniepru z Jekaterynosławia do Polski niepodległej dopiero w 1921 roku. Trzy tygodnie pociągiem wracali. Jak brakowało węgla do lokomotywy to pociąg po prostu stawał w lesie. Mężczyźni wychodzili z wagonów, ścinali drzewa i pociąg mógł jechać dalej. Tak naprawdę to chyba dzięki tym lasom przy torach ten pociąg do Polski mógł przyjechać. Takie to były czasy. Do Ostrołęki nie było do czego wracać więc osiedlili się w Słonimie.
Bogato to tam nie mieli ale wszystkie dzieci szkoły pokończyły a były to szkoły płatne i nawet córki ich a moje przyszłe ciotki dobrze powychodziły za mąż.
Dziadkowie mieszkali w Słonimie tak jak mówiłem od 21 roku do początku lat pięćdziesiątych. Władze się zmieniały, wojska wchodziły i wychodziły i znów wchodziły i wychodziły. Ci którzy z entuzjazmem witali wkroczenie Armii Czerwonej we wrześniu 1939 roku jeśli nie zdołali w odpowiednim czasie wycofać się z frontem w 1941 roku leżeli w zbiorowych mogiłach na wzgórzu za miastem. Na ich miejsce po 1944 roku przyszli nie wiadomo skąd rosyjskojęzyczni i napisy już tylko cyrylicą były pisane. Kościoły zamieniono na składy nawozów, Bożnicę na sklep meblowy, kierkut po ułożeniu macew zamieniono na targowisko a wieżę meczetu zburzono i już.
Dziadek nie chciał opuszczać Słonima - tyle razy granice się przesuwały to i tu pewnie Polska wróci. Nie doczekał - 1952 roku umarł i tam na Zamościu na cmentarzu został pochowany. Z rodziny tylko babcia była na pogrzebie bo dzieci, wnuczki mieszkały wtedy za granicą, czasami nawet za kilkoma granicami.
Babcia uznała że samej tam będzie jej ciężko i napisała podanie do Rokossowskiego aby mogła repatriować się do Polski. Zezwolili w 1953 roku i babcia zawitała do nas do Siedlec. Mieszkaliśmy jako pierwsi na jej drodze od Słonima do centrum Polski. To tak niedaleko - tylko jakieś 220 kilometrów było z Siedlec do Słonima. Na piechotę to tak w osiem - dziesięć dni by zaszedł a furą to nawet by nie zajęło więcej niż trzy, cztery dni ale jak bez zezwolenia ani rusz to i rok mało.
Nie widziałem więc dziadka i na jego grób to dopiero w latach osiemdziesiątych pojechaliśmy.
Mama mi mówiła:
"Pójdziesz od bramy główna aleją a prosto a później na lewo i tam szukaj dziadka grobu"
Przyjechaliśmy do Słonima jak mówiłem z przygodami. Na drugi dzień po przyjeździe jedziemy na Zamość na cmentarz.
Jak tu szukać grobu dziadka jak nie ma ani płotu, ani bramy ani głównej alei?
Dobrze, że Lala wiedziała gdzie szukać w których krzakach jest ogrodzenie, krzyż i po polsku napis "Czyż Aleksander". Grób był zadbany - chyba jako jedyny zadbany w tej kępie krzaków.
Chyba w dwa dni później wyjechaliśmy do Leningradu. Tysiąc kilometrów w jedną stronę, tydzień tam na miejscu na zwiedzanie i tysiąc z powrotem.
Drogi kiepskie, miejscami fatalne chyba trzy razy koła żeśmy zmieniali i łatali ale już niedaleko do Słonima - aby do domu. Do zaprzyjaźnionego domu.
Już minęliśmy drogowskaz z napisem Słonim jak wystrzeliło koło w samochodzie a zapasu już nie ma. Jura który nas woził zostawił nas przy samochodzie i pojechał jakąś okazja do kolegów aby pożyczyli koło. Ewa poszła na drugą stronę w krzaki. Po chwili wyszła i mówi, że tam jest jakiś cmentarz.
Poszedłem i ja, rzeczywiście cmentarz tylko nie jakiś a ten na którym dziadek jest pochowany. Podjechaliśmy do cmentarza od innej strony i nie zorientowaliśmy się że to ten sam. Poszedłem ma grób dziadka i wróciłem do samochodu absolutnie przekonany, że dziadek jest pochowany w innym miejscy niż ma postawione ogrodzenie i krzyż. Dlaczego tak? Nie wiem.
Po powrocie do Polski mówię do mamy, że dziadek leży pochowany nie tam gdzie pomnik jego.
"A skąd wiesz?"
"Nie wiem skąd ale tak sądzę"
"Rzeczywiście - masz rację. Pomnik był stawiany wiele lat po śmierci dziadka i to w czasach gdy niebezpiecznie było stawiać krzyże i pisać na nagrobkach polskim alfabetem. Prawdopodobnie dlatego ogrodzenie i krzyż zostały postawione nie przy blisko głównej alei tylko w takim miejscy gdzie nikt nie widział i nie doniósł"
Gdyby koło w tym samochodzie co wracaliśmy z Petersburga pękło trochę wcześniej albo trochę później nie poszedł bym od tej innej strony na cmentarz i dalej bym sądził, że dziadek leży tam gdzie jego pomnik jest postawiony.  SJS
Dzień zaduszny

W dymie wspomnień cmentarnych,
W smutku czynów co poszły na marne,
Wśród drzew co korzeniami w rozpacz wrosły,
Nie zakończone i nie zaczęte, splątane z sobą
Wcale nie święte, losy pokoleń, historii ślad
W zgodzie ze śmiercią otwarta księga minionych lat.

Polski kot

Koty nie mają narodowości. Tak myślałem.
W Słonimie mieszkała babcia Jury i Igora. Mieszkała tam za Piłsudskiego, za pierwszego przyjścia Stalina co przyjaźnił się z Adolkiem, za Adolfa co się pokłócił z tym wąsatym Józiem i mieszkała też za drugiego przyjścia Stalina, Józio mu właśnie było. Ten drugi nabroił tyle, że nie można była jeździć do Polski. A to tam nie było Polski? Była ale "odjechała" na wiele lat jak Ci wielcy i Mocni co Świat po swojemu ustawiali majstrowali przy mapach.
Mój dziadek też tam mieszkał. Od 1921 roku jak wrócił z rodziną z nad Dniepru do Polski - czyli mieszkał tam do śmierci, do 1952.
Babcia Jury i Igora mówiła po polsku bo była Polką, mówiła po białorusku bo tam część ludzi używała tego języka, porozumiewała się w jidysz bo dla wielu sąsiadów ten język był zrozumiały. Niemniej w domu Babcia pilnowała by mówiono po polsku - także za czasów ZSRR-u. Wprowadzili się razem z ZSRR do miasta nowi ludzie i oni mówili po rosyjsku. Babcia znała też rosyjski ale aż do śmierci udawała, że tego języka nie zna. To jak porozumiewała się z nowymi? A to był problem nowych nie babci.
Babcia miała kota - takiego zwykłego kota. Bardzo był ten kot do babci przywiązany i babcia do kota też.
Dwa lata przed naszym przyjazdem do Słonima babcia umarła. Kazała się pochować na polskim cmentarzu mimo, że władze ten cmentarz wiele lat wcześniej zamknęły. To można zamknąć cmentarz? Można - bo wtedy po 20-30 latach można go zlikwidować i powiedzieć, że Polacy to tu nigdy nie mieszkali.
Babcię pochowano zgodnie z jej wolą na tym zamkniętym cmentarzu i już. Wielu ludzi było na pogrzebie, bardzo wielu - mieszkała tam ponad siedemdziesiąt lat. Nawet kot odprowadził Babcię na cmentarz. Odprowadził i nie wrócił do domu.
Po śmierci Babci w domu mówiono już tylko po rosyjsku. Czasami sąsiedzi mówili, że podobny do babcinego kot podchodził pod dom ale to chyba nie ten bo do domu nie wchodził bo stał, słuchał i szedł dalej swoja kocią drogą.
Wieczorem pierwszego dnia naszego pobytu w Słonimie, a było to jak mówiłem dwa lata po śmierci Babci, siedzieliśmy z Lalą i rozmawialiśmy oczywiście po polsku. Do domu na kilka dni wrócił język polski. Było ciepło i drzwi do mieszkania były otwarte. W pewnej chwili słyszę miauczenie i w drzwiach widzę kota który bardzo ostrożnie rozglądając się po mieszkaniu wchodzi i miauczy. Kot jak kot - mnie nie zdziwił natomiast Lala jak by ducha zobaczyła. W pierwszej chwili oniemiała lecz już po chwili wstała w miseczkę nalała mleka i mówi, że to kot Babci który od dwóch lat, czyli od pogrzebu się nie pokazywał. Radość w domu - kot wrócił.
Kot przychodził każdego dnia podczas naszego pobytu. Gdy odjechaliśmy - kot znów zniknął - do domu powrócił język rosyjski a kot podchodził ponoć po naszym wyjeździe pod dom ale nie wchodził.
Kot do domu wchodził tylko wtedy gdy w domu mówiono po polsku.
SJS
Kamień

Ile trzeba czasu, ile pokoleń musi się wymienić aby ludzie stracili radość z posiadania na własność domu, ziemi, warsztatu, fabryki czy nawet przedsiębiorstwa? Jakim naciskom musieli być poddani ludzie którzy boją się mieć na własność ziemię?
Przyjechali do mnie na działkę znajomi z Białorusi. Popatrzyli, pochodzili i w końcu pyta mnie Jura: a po co ci tyle ziemi?
Całkowicie zaskoczyło mnie pytanie ale szybko sobie przypomniałem, że tam u nich maksymalna powierzchnia działki jaką można posiadać to było około 1000 m2 - czyli miejsce na dom i trochę ogródka bo już na drzewa może nie być miejsca.
Mówię do Jury: „Weź kamień.”
Wziął - i co dalej?
Rzuć go.
A w którą stronę?
A wszystko jedno - zawsze na moje upadnie.
Zrozumiał. Jak pojechaliśmy do nich do Słonima na obecną Białoruś - oprowadzano nas po miasteczku przedstawiając, że "to są ci co mają tyle ziemi co gdzie byś nie rzucił kamieniem to zawsze na ich upadnie"
SJS


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego