Rębków - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Rębków

Twórczość > Opowiadania

W Rębkowie 1954-1958

Kanarki małego Stefana
W domu dziadków były kanarki. Jak mi się wydawało były tam "od zawsze". Jeśli coś jest już wtedy gdy my wchodzimy w życie to znaczy, że to było "od zawsze" czyli było przed nami.
Kanarki na wsi?
W latach pięćdziesiątych?
Tak, one były tam o wiele wcześniej - one były tam już ponad czterdzieści lat. Przecież kanarki tyle nie żyją - to prawda - to było kolejne już pokolenie kanarków.
W naszej rodzinie która z linii ojca mieszkała na wsi przyjęto zasadę - gospodarstwo poniżej czterech hektarów nie da rodzinie utrzymania. Więc gdy do podziału ziemi było więcej dzieci niż tych hektarów co dają wyżyć ziemię dostawała tylko część a reszta szła do miasta uczyć się zawodu. Do Garwolina? Nie - do Warszawy. Garwolin sto lat temu miał bardzo ograniczoną "chłonność" ludzi z poza miasta. To w tamtych czasach używano określeń - krzoki i ptoki. Tak było gdy w Garwolinie szyldy były po polsku i po rosyjsku i tak było gdy zniknęły te rosyjskojęzyczne napisy.
A co to za słowa których nie ma w słowniku?
Zniekształcone, gwarowe określenia dla tych co od zawsze mieszkali w Garwolinie i na tych co do Garwolina "przyszli". Ten podział jeszcze w latach sześćdziesiątych był zauważalny a więc wtedy gdy ja już mieszkałem w Warszawie a mój ojciec który jest bohaterem tej historii szykował się już na emeryturę.
Kanarki pojawiły się u moich dziadków jeszcze przed Wielką Wojną. Bracia dziadka Antoniego czyli stryjkowie dla mojego ojca który miał wtedy dziesięć lat mieszkali w Warszawie. Z małym Stefanem który za trzydzieści pięć lat miał być moim ojcem dziadek Antoni pojechał do Warszawy. Szli razem ze stryjkami Nowym Światem, chwilę się zagadali - patrzą gdzie mały Stefanek a jego nigdzie nie ma. Niedobrze. Wracają skąd szli - patrzą a przy szybie sklepu ze zwierzętami stoi zguba. Nos rozpłaszczony na szybie żeby lepiej te cuda co tam w klatkach i akwariach trzymają widzieć i o bożym świecie dziecko zapomniało.
Nakrzyczeli że się zgubił?
Nie.
Co się najbardziej dziecku podobało?

Kanarki - i tak dziadek wrócił na wieś do domu z klatką z kanarkami.
Dopiero chyba w 1957 roku kanarki nie przeżyły sprytnego kota co to potrafił wejść do klatki po niedomkniętych drzwiach do pokoju.
Wróciły do mojego domu jak Marta zachorowała. To było po następnych dwudziestu kilku latach. Kupiłem w tym samy sklepie co te pierwsze kanarki. Czy są dzisiaj? Jest jeden staruszek który ma już chyba dziesięć lat ale jak słońce zaświeci lub ktoś przyjdzie jeszcze potrafi pięknie zaśpiewać chociaż ma już kłopoty aby wejść na tą najwyższą poprzeczkę w klatce.
Dziadek lubił ptaki
jak się wieś w latach trzydziestych spaliła to powiedział: „co tam stodoła ale moje młodzioki......  .” - no tak, one jeszcze nie umiały latać.

SJS
11. Fot. Koledzy
obaj zdziwieni

Pierwszy dzień w szkole

Jak miałem sześć lat to już do pierwszej klasy poszedłem do szkoły w Rębkowie - do takiej wiejskiej czteroklasowej szkoły z dwiema nauczycielkami. Chyba taka szkoła przed wojną określana była jako freblówka. Szkoła mieściła się w dawnym dworze co to Surkow dostał od cara Aleksandra II po wysłaniu Polaków na Syberię po upadku powstania styczniowego.
Myśmy o tym nie wiedzieli i może lepiej że wtedy nie wiedzieliśmy bo byśmy pytali co i jak a takie pytania w rok po śmierci Stalina były nie na miejscu a nawet na pewno nie na czasie.
Pamiętam jak dziś ten pierwszy dzień w szkole - pogodny dzień i do szkoły nie było daleko - tak z dziesięć minut powolnego przemieszczania się. Przez całą drogę tej pierwszej wędrówki - pamiętam dokładnie - myślałem o tym że na wiele lat tracę wolność. Może dlatego jak tylko los dał kopniaka to przypomniałem sobie, że tak naprawdę zawsze odkąd pamiętam to chciałem być wolny, niezależny i robić to na co ja mam ochotę a więc to do czego najbardziej się nadaję.
W szkole najpierw posadzili wszystkie dzieciaki ze wszystkich czterech klas razem w największym pomieszczeniu w takich śmiesznych ławkach co to siedzenie, długie na czterech - pięciu uczniów było połączone z tak samo długim pulpitem. Dla tych wyrośniętych chłopaków to nawet były wygodne ale dla nas to raczej nie. Ławki te przypominały ławki w kościele i tak po latach myślę, że one chyba z jakiegoś kościoła to pochodziły.
Po jakiejś przemowie wyprowadzili nas pierwszoklasistów na zewnątrz, na trawę pod takie nieduże drzewko owocowe.
Co dalej było to już nie pamiętam - a były jakieś śmieszne historie z dziećmi co chciały siusiu ale chyba dla większości z nich skończyły się szczęśliwie.
Ja tam byłem jedyny nowy, pozostałe dzieciaki się dobrze znały a często były ze sobą tak czy inaczej spowinowacone.
Nowy - z miasta - inaczej ubrany - inaczej mówi - jednym słowem aż się prosi aby mu pokazać kto tu ważny.
Tak i któregoś dnia czekało na mnie kilku z tych starszych klas na tej drodze do szkoły. Miałem mapnik, wojskowy z paskiem przez ramię, zeszyty w nim nosiłem. Zabrali mapnik, wyrzucili zeszyty, połamali ten plastik co mapy za niego były chowane. Niedobrze, oj niedobrze - ja zdecydowanie tego nie akceptowałem ale rodzicom się nie pożaliłem tylko po powrocie ze szkoły wziąłem wiatrówkę ojca z której dobrze strzelałem, odsypałem nasion wijjki do kieszeni, psa co się wabił Bimbo i po drabinie umiał chodzić - na smycz i stanąłem na drodze przed dziadków domem.
My pierwszaki to mieliśmy mniej lekcji i wcześniej byliśmy w domu od tych z klas starszych. Czekam, czekam - w końcu idą ze szkoły ci co mi mapnik zniszczyli. Idą całą szerokością ulicy - nawet koty uciekały. Zobaczyli mnie zwolnili, coraz wolniej aż stanęli tak na wysokości barana na łące. Stoją, stoją tak ze 100 metrów ode mnie - jacyś tacy coraz mniej hałaśliwi i wcale im się do domów nie spieszy a muszą przejść koło mnie i tylko zerkają w moją stronę.
W końcu szmyrgnęli za stodoły i przez pola do domów poszli - przez pewien czas miałem spokój.


12. Fot  - moja klasa z Rębkowa 1957 rok.

Co dziś oni robią?

SJS

PS Co to wijjka? To takie czarne nasiona wielkości śrutu, sypałem tego po kilka do lufy wiatrówki i dobrze dawało - nawet przez krzaki bolało.

Na
fotografii:
Dembecki ...., Biernacki Adam, Dziak Józef, Witak Grzegorz, Siudalski Jurek, Rychlik Bogna, Boryń Teresa, Piotrowski Wawrzyniec, Głowala Barbara, Tracz Grzegorz, Boryń  Jadwiga, Krupa Hanna,  Urbanek Stanisław, Witak Krzysztof, Przybysz  Rysiek,  Mianowska Zofia, Ostrowska Janina,  Ziencina Irena, Krupa Zbigniew, Witak Elżbieta, Dziak Krzysiek, Talarek Irena, Bieńko Barbara
Gdzie oni dziś mieszkają?
Chyba większość w Rębkowie i okolicy a nawet jak mieszkają w Warszawie to często tam przyjeżdżają. Ciągnie wilka do lasu.
SJS

Wysoka woda

Nie wystarczy raz pokazać, że można być groźnym. Proces ustalania kto ważniejszy, kogo trzeba się bać a kogo słuchać ma charakter skokowo - ciągły. Trochę to skomplikowane? Po prostu -pewne wydarzenia dają przewagę na czas krótki, inne utrwalają na wiele lat hierarchię w grupie co nie oznacza, że utrzymanie przywództwa jest trwałe. O utrzymanie swojej pozycji trzeba dbać cały czas.
Dość szybko po przeprowadzeniu się do Rębkowa zorientowałem się, że albo będę miał coraz to kłopoty z rówieśnikami albo będę im przywodził. Więc jak miałem dziesięć lat to już od dwóch lat przywodziłem swojej bandzie kilkunastu chłopaków.
Nigdy tego nie nazywaliśmy bandą bo było to coś między wojskiem, partyzantką, Timurem i jego drużyną a kółkiem samopomocy. Dość dziwne połączenie! Tak - wojsko bo przydzieliliśmy sobie stopnie wojskowe i nawet jak któryś przychodził do mnie do domu to meldował się. Partyzantka - bo ani mundurów nie mieliśmy, ani żadnych odznak a i broń która mieliśmy była "partyzancka" - czyli nie strzelała. Timur co prawda ze swoją drużyną pomagał wdowom po poległych czerwonoarmistach w Finlandii w wojnie zimowej a my hełmy zabieraliśmy gospodyniom. Gospodyniom, hełmy?
Tak, w latach pięćdziesiątych wiele sprzętu wojennego walało się po podwórkach - hełmy służyły do karmienia kur a to uważaliśmy za profanację i pozbieraliśmy chyba wszystkie jakie były. Coś na głowach "żołnierze" musieli mieć.
A kółko samopomocy?
Najbardziej z nas wszystkich pracami w gospodarstwie był obarczony Grzesiek. Chodziliśmy więc mu pomagać dzięki czemu mógł się z nami bawić. Dawali mu w gospodarstwie tyle zajęć, że chyba dnia było zawsze mało.
Oczywiście w wakacje głównym naszym zajęciem było sprawdzanie czy rzeka jest jeszcze na swoim miejscu i czy woda w niej ciepła. Woda w rzece była płytka dlatego chodziliśmy na "dołki" które tworzyły się w zakolach - zawsze te kilka metrów można było udawać że się naprawdę płynie.
Po kilku dniach intensywnych opadów poszliśmy kąpać się na swoje "dołki".
Bezpieczna rzeka nie była już bezpieczna - nie wiedzieliśmy o tym. Woda była zdecydowanie bardziej wartka.
Ja źle pływałem i źle pływam.
Woda zaczęła mnie znosić na takie duże głazy co leżały w rzece tak gdzieś przy Fidrykach.
Machałem rękoma, nogami ale woda znosiła i do brzegu mimo, że rzeka wąska nie mogłem dopłynąć. Koledzy na brzegu skakali, bawili się nie widzieli co się dzieje ze mną a ja nie mogłem wołać ratunku bo to Ja im przywodziłem.
Tak w jednej chwili życie przelatuje w myślach, moje było krótkie ale to co pamiętam to żal, że Ali w której się w szkole podstawowej wtedy podkochiwałem nie powiedziałem tego.
Załapałem jakoś grunt.
Wyszedłem, koledzy nieświadomi mojego przeżycia bawili się na piasku - ale ja już byłem inny, już nie byłem tym samym co kilka minut wcześniej wchodził do wody.
SJS

Grzesiek

Grzesiek miał starszego brata i siostry - dwie starsze i trzy młodsze. Nie wiem dlaczego ale wszystkie prace w gospodarstwie przypadły właśnie Grześkowi. Od wczesnego ranka do późnej nocy parował ziemniaki, ciął na sieczkarni słomę na sieczkę, karmił świnie, krowy, konia i kury. Pracowity był. Krępy się zrobił od dźwigania większych od niego kotłów i wytrzymalszy był od nas. Czasami tylko uciekał z domu do zamężnej siostry, Ireny co mieszkała dwie wioski dalej w Miętnym.
Na drugiej stronie drogi, naprzeciw ich domu była łąka - taka sama prawie jak te wszystkie rębkowskie łąki po drugiej stronie drogi co po nich strumień płynął. Ich łąka różniła się tym, że na niej pasł się baran - duży i złośliwy. Nawet na swój sposób był przebiegły omijaliśmy go więc z daleka mimo, że był przywiązany. Na tej łące nie było miejsca na nasze zabawy.



13. Fot. Grzesiek [+], Jurek, Wawrzek[+] i Janek. Jurek to ja. To był rok "melonów" /Grzesiek i Wawrzyniec już nie żyją/


Grzesiek barana się nie bał i aby nam to pokazać stanął przed baranem i drażnił go "baziu baziu tłyk" a baran nic. Więc jeszcze raz i jeszcze a baran jak by go nie widział.
Co robi artysta po skończonym występie?
Kłania się publiczności głęboko się pochylając i tak zrobił Grzesiek stając tyłem do barana. Baran tylko na to czekał, nie biegł tylko takimi podskokami w jednej chwili znalazł się przy wypiętym Grześku - buch, jęknęło - i patrzę a Grzesiek w powietrzu leci. Już w czasie lotu darł się wniebogłosy, upadł na ziemię tuż przy samej drodze, jęknęło, poderwał się i jeszcze głośniej wrzeszcząc uciekł do domu. Wcale nie czekał na nasze brawa a my jeszcze z większej odległości omijaliśmy zwycięzcę tego występu.
SJS

„Gość w dom...”

Stasio miał duże jak bochny dłonie, grube jak szpunty palce a grał na mandolinie jak nikt w okolicy. Adolf któremu nikt przed wojną nie mógł dorównać w grze na skrzypcach, po przejściach obozowych już nie panował nad palcami a i choroba która go dręczyła objawiająca się drżeniem rąk spowodowała, że on „najlepszy” nie sięgał już po skrzypce. Grał za to zawzięcie w karty. Dzieci nie miał i zdrowia też. Jego brat Władek który był razem z nim aresztowany przeżył co prawda obóz ale nie przeżył wyzwolenia.
Można nie przeżyć wyzwolenia?
Wygłodzeni więźniowie, pozbawieni opieki lekarskiej, z chwila wyzwolenia obozów umierali nie z głodu ale z przejedzenia. Dla wielu, tylko zapewnienie odpowiedniej diety i opieki dawało szansę na przeżycie wyzwolenia. Zdarzały się takie przypadki wyniszczenia organizmu, że nawet niewielkie porcje normalnego jedzenia mogły zabić. Dopiero duże ilości podawanego węgla umożliwiały bezpieczne wchodzenie nawet nie w normalne jedzenie ale w dietę. Bez tego ludzie umierali
ich organizmy nie przyjmowały pokarmów.
Stasio nie był w obozie. Młodszy od Adolfa „żył da był” w swoim świecie. Mandolina, karty, kieliszek no i wizyty u krewnych. Szczególnie upodobał sobie dalekich a bardzo gościnnych krewnych co w sąsiedniej wsi mieszkali. Niedziela, Stasio w porze obiadowej jak inni na mszy to on obowiązkowo u tych krewnych się zjawiał. Z mandoliną przychodził. Raz, drugi ale i dziesiąty i dwudziesty też. Postawili całą tacę pączków to Stasio sam zjadł. Postawili nieopacznie całą miskę kopytek
to dla innych już nie starczyło. Utrapienie z takim gościem. Co tu zrobić? Wszelkie delikatne uwagi, że może dość nie skutkowały.
Dziewczyny wymyśliły w końcu sposób. W tamtych czasach, a były to lata pięćdziesiąte, w aptekach sprzedawano czekoladki na przeczyszczenie. Wyglądały jak normalne czekoladki i smakowały podobnie a skutki były bez wątpienia nie do opanowania. Kupiły kilka takich „tabliczek” i położyły w pokoju gościnnym na talerzyku. Nie na środku, nie na stole ale tak z boku na kredensie.
Nie wypadało nimi poczęstować gościa ale może sam znajdzie?
Znalazł, zjadł wszystkie. Niedziela to była i ludzie polską drogą wracali z kościoła. Co kto do wsi przyjechał to mówił, że Stasiowi coś się chyba stało bo w rowie siedzi. Co kto przyjechał to mówił, że Stasio bliżej domu siedzi ale jakoś ta wędrówka sprawiała mu trudności bo dopiero o zmierzchu doszedł do domu. Jeszcze przez kilka dni nie mógł patrzeć na jedzenie.
Czy pogniewał się na kuzynki?
Nie, ale „aluzju poniał” i już tylko raz w miesiącu tam zachodził
lubił towarzystwo. Dla towarzystwa to cygan dał się powiesić a Stasio dawał się ogrywać w karty.
Trafił na takich co go ograli na sześć prosiaków które prawie rok hodował. Może dlatego je postawił bo to nie on przy nich chodził? A kto? Dzieci, jego dzieci bo przecież on „żył da był” w swoim świecie.
Co po nim po latach zostało?
Dzieci, opowieści o jego dość nietypowych przygodach i o tym jak tymi grubymi palcami potrafił pięknie grać na mandolinie.
A co z Adolfem?
Choroba postępowała nieubłaganie. Nie panował coraz bardziej nad ruchami
potrzebował opieki. O tym aby prowadził gospodarstwo nie było mowy. Przekazał więc w zamian za opiekę gospodarkę młodemu człowiekowi co to nie miał za wiele. Inne już nazwisko w tamtym domu gości i inne dzieci biegają.
SJS 12.2004

Snopowiązałka

Przyszło nam żyć w przełomowych czasach. Cały czas przełomowych i to przyspieszająco przełomowych. Miesiąc, rok to tak naprawdę niewiele jeśli okresem porównawczym jest kilka tysięcy lat.
To nie przesada?
Dlaczego kilka tysięcy lat?
Ponieważ w czasie mojego życia odchodziły i nadal odchodzą w zapomnienie narzędzia które były przez ludzi używane jeszcze przed narodzeniem Chrystusa!
Sierp był przecież używany w prawie niezmienionym kształcie od ponad trzech tysięcy lat a dziś już nie wszyscy wiedzą do czego służy i jak powszechnie stosowanym narzędziem był. Jeszcze sto lat temu sierpem żęto zboża. Zbierano je w fazie pełnej dojrzałości, ziarno już mogło wysypywać się z kłosów. Dziś żniwa to najczęściej, jeśli pogoda nie spłata figla- są w lipcu. Dawniej były właśnie w sierpniu. Sierp -sierpień.
Któregoś dnia w drugiej połowie lipca chyba 1956 roku prawie cała wieś zleciała się na pole do Goździa.
Poszedłem i ja.
Babcia moja też.
Edek Góźdź przyprowadził na pole snopowiązałkę. Od wojny nie było we wsi snopowiązałki. Dwa konie ją ciągnęły. Dwa wystraszone konie bo nie były do tych machających skrzydeł przyzwyczajone. Dlatego próby koszenia żyta były raczej mało skuteczne. Co konie ruszyły to skrzydła nagarniające słomę poruszały się, co poruszyły się skrzydła to konie się płoszyły.
Chyba i hałasu się bały bo klapki na oczach miały i teoretycznie to tych skrzydeł nie powinny widzieć - może i hałas je płoszył i na cieniu widziały że coś nie tak?
Nie wiem - wiem natomiast, że komentarze tłumu były raczej nieprzychylne. "Zboże marnuje i tyle"
Babcia wtedy powiedziała:
"Jak pierwszy we wsi wyszedł z kosą do żyta a nie z sierpem to też mówili, że żyto marnuje. Przyzwyczają się i do snopowiązałki"
Myślałem, że zbieranie zboża z pola sierpem to zamierzchła przeszłość a tu okazało się, że jak babcia była młoda to sierpem zbierano!
Nie wiedziałem, że nożyczki jakie na wsi używano do strzyżenia owiec mają za sobą historię ponad dwóch tysięcy lat. Konkretne nożyczki? Nie - kształt czyli sprężyna umieszczona w kształcie pół pierścienia na końcu uchwytu i ostrza schodzące się po naciśnięciu uchwytów. Można tego typu nożyczki zobaczyć już chyba tylko w skansenach. Odeszły na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.
W czasach mojego dzieciństwa powszechnie do czerpania wody używano żurawi - gdzie dziś można takie urządzenie jeszcze spotkać? Czasami na działkach rekreacyjnych ktoś postawi dla ozdoby - żeby było śmieszniej to ramię czerpiące żurawia jest wtedy najczęściej krótsze czyli bez sensu.
Odeszły też koła drewniane wzmacniane metalowymi obręczami!
Co jest jeszcze używane a ma równie długą historię?
Łuk i oszczep - chociaż zmieniły przeznaczenie, siekiera, nóż, sieci, proca, worek, parasolki, wachlarze, żagiel, krzesła, stoły, pieczęcie, łodzie, sanie, koce, derki, gliniane, zapinki, garnki. Te ostatnie już zanikają - stają się bardziej ozdobą niż przedmiotem używanym na co dzień.
Parasolka ma tak długą historię? Tak





14. Fot. Te nożyczki maja około 2000 lat a te drugie, poniżej  to współczesne


15. Fot. Te garnki mają ponad 4300 lat
znaleziono je w grobach w Rębkowie


SJS



Smutek

W dniu którego niema,
W porze całkiem dnia nijakiej,
Szedł starzec donikąd drogą,
Był od lat wielu - żebrakiem.
 Wioski jego już nie ma,
 Rodziny, domu, schronienia
 Została mu tylko szeroka i obca ziemia
Na plecach tobołek zwinięty ze szmatek,
Skarb pewnie w nim jest ukryty,
Psy coś już zwietrzyły
Obcy, po co tu idzie
 A czas był niedobry ....
Może czas wtedy był  także żebrakiem?

Skarb

 W latach pięćdziesiątych jeszcze wielu ludzi nie miało dowodów tożsamości i swojego miejsca w którym mogli mieszkać na stałe i czuć się bezpieczni. W czas żniw przynajmniej kilku takich "bez przydziału" ludzi, mężczyzn i kobiet, najczęściej w starszym wieku, zaniedbanych i chyba niezaradnych przechodziło przez wieś. Czasami zachodzili do domów prosząc o jedzenie, czasami próbowali gdzieś rozpalić ognisko i coś sobie upiec. Nie byli zbyt mile przyjmowani. Ludzie we wsi bali się czy czegoś nie ukradną, czy nie zaprószą gdzieś ognia a i władze podchodziły do tych bezdomnych jednoznacznie - kazały zgłaszać milicji. Ponieważ czas między zgłoszeniem a przyjazdem to był dzień, dwa więc najczęściej "ci wojenni" już sobie dalej poszli. Dlaczego mówię o nich "wojenni"? Sądzę, że większość z nich straciła domy, bliskich w czasie wojny, oni zachowywali się często jak by wojna wciąż trwała, po reakcjach ich było widać że mają za sobą bardzo złe przeżycia - większość z nich w mniejszym lub większym stopniu była "nienormalna" i nie z wyrazu twarzy to wynikało ale z zachowań.
Ci którzy mieli jeszcze siły i rozum aby być przydatnymi w gospodarstwie jeśli byli uczciwi i pracowici najczęściej znajdowali przynajmniej na kilka lat kąt u bogatych gospodarzy w zamian za jedzenie i pieniądze na machorkę.
Szczególnie w pamięci zachował mi się jeden taki wędrowiec. Był spokojny, chyba nawet zrezygnowany - na plecach miał duży tobołek. Ktoś ze wsi zatrzymał przejeżdżający radiowóz z milicjantami i ci chcąc nie chcąc zainteresowali się nim a dokładnie to jego tobołkiem. Zaciągnęli wędrowca za stodołę i zaczęli rozwijać szmatki tobołka.
Tobołek był jak cebula, pod wierzchnią szmatą, była szmata następna i następna. Obok milicjantów rósł stos szmat i szmatek a my zza rogu stodoły podglądaliśmy co też ci milicjanci robią.
W końcu gdy tobołek zmniejszył się do wielkości gołębia, źli jak nie wiem milicjanci rzucili go na ziemię i klnąc poszli do samochodu.
Podbiegliśmy do tej pozostałości po tobołku i oczywiście któryś zaczął rozwijać dalej te szmatki. W końcu po rozwinięciu kolejnej szmatki ukazała się naszym oczom zawartość tobołka - pędzelek do golenia, taki zwykły już dobrze zużyty pędzelek. To był cały majątek tego wędrowca.
SJS


16. Fot. Moja była klasa z Rębkowa  rolnikami zostało chyba tylko trzy osoby, mnie już nie ma, od roku mieszkam w Warszawie

Melony

Melony, kawony, banany, pomarańcze, ananasy - dziś w każdym dużym sklepie spożywczym można kupić ale w czasach gdy chodziłem do szkoły podstawowej to o bananach wiedziałem tyle, że na skórce od nich można się przewrócić, o ananasach to wiedziałem, że to są takie niegrzeczne dzieci, najczęściej chłopcy zresztą tak byli określani.
Melony to wyhodowała nasza nauczycielka w jakimś zakątku ogrodu do którego myśmy nie mieli dostępu bo inaczej to by raczej nie dojrzały - przecież trzeba by było zobaczyć co to takiego rośnie. Wyhodowała, pokroiła na kawałki i dała nam pokosztować - do dziś ten smak pamiętam. Ponieważ to była wiejska szkoła to nas przygotowywano na to abyśmy byli rolnikami - takim nowoczesnymi rolnikami. Nauczycielki prowadziły naszymi rękami duży eksperymentalny ogród. Były tam zioła, proso, sorgo, rącznik a ponieważ w Moskwie kukurydzę siali to i w Rębkowie obok szkoły też rosła.
A co ma wspólnego to że Moskwie siali kukurydzę z Polską?
W Moskwie nie siali oczywiście kukurydzy tylko "zalecali" a te zalecenia to tak gorzej niż rozkaz a i w Polsce też wielu słuchało i siało.
Te eksperymenty to siano i sadzono oczywiście wiosną - pory siewów w Polsce całe szczęście w Moskwie nie zmieniono. Wtedy nie zmieniono, bo z tego co się później dowiedziałem to wcześniej potrafili i z terminami i miejscem upraw eksperymentować. Ponoć źle to im wychodziło. Zupełnie jak w tej krainie do której Guliwer zawędrował - wszystko tam było po nowemu. Nawet młyny wodne na wzgórza zostały przeniesione a ponieważ woda zdecydowanie nie lubi płynąć pod górę to wodę do tych młynów ludzie nosili - jak po nowemu to po nowemu, a co?
Wyznaczono nam grządki. Mogliśmy się do tych ogródków dobierać po dwóch. Ja miałem mieć grządkę z Wawrzyńcem. Gdy nauczycielka nas zapytała co chcemy hodować to oczywiście obaj zgodnie stwierdziliśmy, że melony. Dostaliśmy więc nasiona melonów.
Do wakacji nawet zaglądaliśmy na tę naszą grządkę ale jak tu wyrywać chwasty jak nie wiemy jak wygląda melon - to tak na wszelki wypadek tylko perz z grubsza usuwaliśmy - melony są takie smaczne.
W wakacje jest tyle do zrobienia, dwa trzy razy dziennie trzeba sprawdzić czy woda w rzece jest ciepła, czy jeszcze gdzieś jakiś hełm z czasów wojny nie jest używany do karmienia kur, czy rowerem da się przejechać przez wodę, czy ze sztachet można zrobić samolot albo procę z gumy co to sprzedawali nie wiadomo dlaczego jako wentylki do rowerów. Na sprawdzanie grządki z melonami zupełnie nie było czasu - to przecież oczywiste.
Wakacje minęły nie wiadomo dlaczego strasznie szybko - pierwszego dnia w szkole każdy miał się pochwalić swoją grządką. Chyba wszyscy już znaleźli swoje kawałki ziemi którymi mieli się opiekować tylko my z Wawrzyńcem zgubiliśmy swoją działkę - bo przecież na naszej działce rosną melony, melony są duże i słodkie a w miejscu gdzie chyba sadziliśmy melony rosną jakieś chwasty tak prawie równe z nami.
Niestety - z trudem ale dotarło do nas, że ten całkiem zaniedbany kawałek ziemi to właśnie nasza działka! Tak do końca to uwierzyliśmy w to po rozchyleniu chwastów- na ziemi leżały małe jak włoskie orzechy, zagłuszone przez chwasty melony.

SJS

Ten stary zegar...

Stare domy maja swoje tajemnice, przedmioty, miejsca też. O ludziach nie wspomnę.
Gdy ma się te osiem - dziewięć lat to większość tego co mamy poznać jest jeszcze tajemnicą. Nawet to co jest dla innych oczywiste dla nas było jeszcze tajemnicą.

W taki czas - wiosną w domu dziadków w Rębkowie rodzice postanowili zmienić tapety. Tak naprawdę to nie zmienić bo tamtych tapet się nie zdzierało tylko trzeba było położyć nowe na te stare. Więc wszystko co wisiało na ścianach obrazy, kilimy oraz stary zegar miało być zdjęte i wyniesione na czas tapetowania do komory. Tego to jeszcze w domu nie było wiec z bratem ochoczo zaczęliśmy pomagać rodzicom. Wiedzieliśmy, że zegara nie można przenosić z wahadłem więc odczepiliśmy je i dopiero wtedy skrzynkę z mechanizmem zdjęliśmy ze ściany. Nie ma wahadła, mechanizm dobrze do skrzynki przymocowany a tu w zegarze coś się przesuwa!
Patrzymy, szukamy nic nie widać. Podnosimy skrzynkę by ją wynieść a tu znów - szur, szur coś w zegarze się przesuwa i to wyraźnie w górnej jego części. Przyglądamy się - nic nie widać - ruszamy na boki skrzynką - coś tam jednak jest w tej skrzynce. Tylko gdzie?
Okazało się, że w górnej części zegara była dokładnie zamaskowana skrytka. W skrytce leżało zawiniątko - stara gazeta a w niej coś. Rozwinęliśmy gazetę a w środku były pieniądze - prawie nowe banknoty. Setki i pięćdziesiątki. Zupełnie niepodobne do tych które myśmy znali - były i większe i ładniejsze. Może nawet określenie ładniejsze jest nieodpowiednie - one po prostu swoim wyglądem wzbudzały zaufanie. Wyraźnie pochodziły z czasów gdy pieniądz miał swoja wartość.


17. Na zdjęciu obok: Koledzy Władek i Stefan w mundurkach szkolnych, maja przypięto do kołnierzyków orzełki legionowe
bez korony. Około 1915-1916 roku Garwolin

18. Zdjęcie poniżej: To był drugi motocykl ojca - Ojciec moja matka i Makulec.
19. Pierwszy motocykl to jest na tym zdjęciu  poniżej. Nie był jeszcze wyposażony w reflektor, bak był trójkątny a tłumik umieszczono z przodu!
Policzyliśmy, wyszło, że w zegarze było dziesięć tysięcy złotych - przedwojennych jak nam powiedzieli rodzice zdziwieni nie mniej jak my tym znaleziskiem.
Ile to było warte przed wojną?
Jeśli przeciętne miesięczne wynagrodzenie wynosiło przed wojną w zależności od rejonu Polski od 120 do 180 zł to ta kwota w skrytce to był majątek!

Czyje to było?
Dlaczego przez tyle lat nikt tego nie znalazł?
Ten zegar był własnością wujka który zginął w obozie Buchenwaldzie.
Przed wojną ojciec i wujek przyjaźnili się zanim Władek został szwagrem mojego przyszłego ojca. Przyjaźnili się pomimo dużych różnic w charakterach i podejściu do życia.
Stefan czyli mój ojciec fascynował się techniką. Jeśli gdzieś na świecie pojawiła się jakaś nowość to ojciec był jednym z pierwszych w okolicy który ją miał. Motocykl, oczywiście pierwszy jaki był we wsi należał do ojca. Radio najpierw kryształkowe a później lampowe pierwsze u Stefana było. Oświetlenie elektryczne - chociaż z akumulatorów ale zawsze też ojciec uruchomił u dziadków w domu.
Władek patrzył na te zakupy ojca i jednoznacznie oceniał je jako niczym nie uzasadnioną rozrzutność. Władek pieniądze zbierał i gdzieś chował. Przed samym wybuchem wojny chciał za te uzbierane pieniądze kupić ziemię i dom. Znalazł takie siedlisko, kawał ziemi tuż przy lesie które mu się podobało i ... nie kupił bo po wielu targach kupiec nie chciał ustąpić z ceny o 100 złotych. Ta sporna kwota to było chyba mniej niż jeden procent całej transakcji.

Wybuchła wojna. Ojciec mój radził Władkowi aby za całe zgromadzone pieniądze kupił skóry bo pieniądz może stracić wartość. Szwagier uważał, że to niemożliwe aby pieniądze mogły stracić na wartości. Weszli Niemcy, polski pieniądz z tygodnia na tydzień tracił na wartości lecz jeszcze można było kupić towar który można by przetrzymać i sprzedać z zyskiem. Władek był uparty i uważał że pieniądz to pieniądz, Anglia, Francja uderzą i znów polski złoty będzie miał swoja wartość. Nawet wtedy gdy Niemcy zaczęli wprowadzać na terenie Generalnej Guberni "młynarki" czyli złotówki pod niemiecką okupacją szybkiego wyzbycia się przedwrześniowych pieniędzy i już.
W1941 roku gestapo przyszło aresztować brata Władka Adolfa. Już wychodzili z domu z aresztowanym gdy jeden z gestapowców wrócił się, doszedł do łóżka i z pod poduszki wyciągnął lornetkę.
"Czyje to?" - zapytał
Aresztowany zamiast powiedzieć, że to jego wskazał na brata więc gestapo zabrało i Władka. Zabrało razem z tajemnicą gdzie są schowane pieniądze.
Obóz przeżył Adolf, Władek umarł zaraz po wyzwoleniu obozu. Kilka lat temu we wsi tablicę tym aresztowanym wystawiono.
Po latach z bratem w zegarze odnaleźliśmy przez przypadek te ukryte pieniądze a jeszcze po wielu następnych latach przeczytałem historię opowiadaną przez rabina Nachmana z Bracławia "Historia o koniu i pompie" która jak ulał pasowała do historii tego "skarbu".
O czym ta historia?
Żydowi kupiec naraił kupno konia. Kupiec chciał tylko dwa ruble a koń widać było że jest wart co najmniej cztery ruble więc żyd konia kupił.
Pojechał z tym zakupionym koniem na jarmark a tam już chcieli za konia dać 40 rubli.
Jeśli mi dają czterdzieści rubli to ten koń musi być wart więcej - tak myślał - i konia na tym targu nie sprzedał. Chodził z koniem od jarmarku do jarmarku, oferowana przez kupców cena konia rosła ale - jeśli dają tyle to musi być wart dużo więcej i do transakcji nie dochodziło. Nawet cena podana przez króla nie była zadowalająca lecz koń był zaczarowany i na rynku w stolicy zmniejszył się i zniknął w rurze pompy co była postawiona na studni.
Żyd narobił hałasu, ludzie się zbiegli - koń w studni - zaglądają - gdzie tam koń w studni. Pobili żyda że im głowę zawraca. Żyd od studni nie ustępuje, co ludzie odejdą to z rury wygląda łeb konia. Żyd krzyczy, ludzie się zbiegają i biją żyda że im spokój zakłóca bo jaki tam koń w studni?
No cóż, trzeba wiedzieć kiedy zejść z ceny i kiedy kupić i kiedy sprzedać.
Mój wujek którego nigdy nie widziałem chyba nie słyszał tego co opowiadał Nachman z Bracławia.

SJS



Wieś Rebków około 1934 roku

Moi dziadkowie i ich dzieci: Stefan, Władka /Gniadek/, Jasiek, Janka /Lodowska/, babcia Franciszka /Tracz/  i dziadek Antoni

Samolot ze sztachet, a najgorsze to te drzazgi

Wojna porozrzucała po Świecie i ludzi i przedmioty. Było wyraźnie widoczne którzy ludzie i które przedmioty nie pasują do otoczenia - bo co robił na wsi starszy człowiek co śpiewał arie operowe, co w zagrodzie rolnika robiło śmigło od samolotu albo koła od Messerschmitta, albo wziernik od niemieckiego czołgu? A u moich dziadków były takie dziwności - ot wojna szła i gubiła co nieco.
Pewnego razu na gospodarstwie zostaliśmy we trzech - Zbyszek, Zenon i ja. Rodzice i babcia gdzieś pojechali i kilka godzin mieliśmy być sami. Moi starsi bracia tylko na to czekali - wyciągnęli skrzynkę z gwoździami, młotek, obcążki, piłę, sztachety, i najprawdziwsze drewniane śmigło i obwieścili otoczeniu czyli mnie, że budują samolot. Wynosić te wszystkie graty to ja im jeszcze pomagałem ale jak zapowiedzieli, że to ja będę pilotem tego samolotu bo jestem najmniejszy uznałem, że chyba lepiej im nie pomagać. Deski z którego klecono samolot miały drzazgi i nie miałem najmniejszej wątpliwości, że jeśli ja będę siedział w tej konstrukcji to bez wątpienia te drzazgi stanowią dla mnie zagrożenie. Już to nie raz sprawdziłem!
Obchodziłem z daleka to miejsce gdzie budowniczowie pracowicie zmagali się z rzeczami które nijak do siebie nie pasowały i całe szczęście, że babcia wróciła wcześniej do domu. Zobaczyła co się dzieje, bez chwili namysłu zdjęła fartuch z troczkami i już na sam widok troczko-fartucha konstruktorzy uciekli pozostawiając przedziwną konstrukcję. Oj, babcia uratowała jak nic moją pupę od drzazg.
Nie wyszło latanie na samolocie ze sztachet?
Nic nie szkodzi - można przynajmniej przez kilka sekund prawie latać. Strażacy to na naciągniętej linie potrafią zjeżdżać nawet z kilkupiętrowego domu - oni potrafią to moi bracia też. Tylko, że na wsi to nie ma raczej kilkupiętrowych domów ale są za to wysokie drzewa. Wystarczy wejść na takie drzewo, przyczepić koniec liny a jej drugi koniec przyczepić do innego drzewa ale tak na wysokości wzrostu dziesięciolatka i już można bawić się w strażaków.
Nie wiedzieliśmy, że jeszcze czegoś potrzeba - wprawy. Nawet pas strażacki z karabińczykiem to nie wszystko bo i lina musi być odpowiednio napięta i jej kąt opadania też nie jest przypadkowy a i umiejętność hamowania szybkości zjazdu też. Jak już udało się w miarę pewnie zaczepić linę z jednego i drugiego końca to przyszedł czas na "zjazdy". Nie wiem kto pierwszy zjechał ale na pewno to nie byłem ja - natomiast pamiętam, że wystąpiło zjawisko nijak przez nas nieprzewidziane - nie żeby nie było chętnych czy też było ich zbyt dużo do tego zjeżdżania - do zjeżdżania były potrzebne rękawiczki - i to w środku lata!
Dlaczego?
A każdy kontakt rąk z liną kończył się poparzeniem dłoni - po prostu przy próbie hamowania za pomocą dłoni wydzielało się tyle ciepła, że bez rękawiczek zjazd był niebezpieczny.
Czy w końcu w dzieciństwie latałem, tak naprawdę?
Jeśli sen jest "naprawdę" to tak. Wielokrotnie śniłem, że biegnę, rozkładam ręce szeroko i lecę tuż na ziemią. Ciekawe to w tym śnie było to, że ten lot odbywał się zawsze w tym samym miejscu - przy kasztanach na drodze do szkoły.
I chyba to było jesienią tak jak już makówki dojrzewały.
SJS

Zima

Zima na wsi ma swój urok. Zimy dzieciństwa są wyjątkowe. Wyjątkowe dzięki swobodzie, wyjątkowe bo pola, łąki, rzeki stawały się białe i dostępne. Nie trzeba było trzymać się ścieżek, dróg ani uważać na zasiewy. Narty na nogi, kijki w ręce, szalik, czapka, wełniane rękawiczki i przed siebie.
Gdzie?
Na pola lub przez pola na Borki. Tam najbliżej była górka z której można było pozjeżdżać. Taka ośla łączka ale wtedy nie znaliśmy takiej nazwy i nie wiedzieliśmy jak poprawnie jeździć na nartach. Jazda prosto, hamowanie, trochę skrętów i podchodzenie pod górkę jodełką
ot całe nasze umiejętności.
A skąd narty na wsi lat pięćdziesiątych?
Jeszcze poniemieckie się uchowały. Na sklepy z nartami trzeba było jeszcze wiele, wiele lat poczekać.
Zima 56 czy 57 roku była nietypowa. O takich zimach piszą
zima stulecia. Z powodu silnych mrozów zawieszono nam nawet na dwa tygodnie zajęcia w szkole a i drogi stały się nieprzejezdne takie zaspy wiatr usypał.
U moich dziadków zaspa przy stodole była tak duża, że z dachu stodoły można było zjeżdżać na nartach. Jeszcze w połowie maja resztki tej zaspy topniały. Gdzie to Panie tym dzisiejszym zimom do tamtych.
Tyle śniegu, takie mrozy to i wiosna inną była. Trudno jej było przyjść, co odpuściło to mróz znów wracał. Na łąkach, na tych łąkach między wsią a rzeką powstało wielkie ale płytkie rozlewisko. Rozlewisko zamarzło i powstało wielohektarowe lodowisko. Frajda niesamowita. Jak wiał wiatr to na łyżwach można było tam pojeździć prawie bez wysiłku
wystarczyło rozpiąć płaszcz i wykorzystywać go można było jako żagiel. Zdziwienie nasze budziło to, że szybciej się jechało pod kątem do wiatru a nie wtedy gdy próbowaliśmy poruszać się zgodnie z kierunkiem wiatru.
Gdy w końcu lody ruszyły nie trzeba było nikomu o tym we wsi mówić. Huk trzaskającego lodu był taki, że w całej wsi było słychać. Pobiegliśmy w kierunku mostu zobaczyć jak to wygląda co tak huczy.
Gdy podeszliśmy do rzeki porozumiewać się mogliśmy tylko krzycząc. Po prawej stronie mostu, w kierunku spływu, powstał prawie na naszych oczach zator. Kry, grube tafle lodu stawały pionowo, następne i następne tak samo się ustawiały i zatarasowały prawie całkowicie przepływ wody a i tak woda ledwo pod mostem się przeciskała. Staliśmy na moście urzeczeni tym niesamowitym zjawiskiem gdy jeden z kolegów zaczął szarpać pozostałych i pokazywał w kierunku drogi którą przyszliśmy od wsi
woda zaczęła przelewać się wierzchem drogi. Mogło nas odciąć na moście! W życiu chyba tak szybko i zgodnie nie biegliśmy po tej wodzie też. Strach ma czasami dziwny wpływ na sprawność fizyczną.

SJS 30.08.2004

Wieczór zimowy
Światła latarń wysokich
Cętkowały noc śniegiem,
Autobusy spóźniony dzień wiozły,
Dziecko cicho usnęło,
Przytulone, zmęczone
Pewnie dzień był dla niego radosny.

Tadek

Rok 2002 - pierwsze Święta na nowym miejscu.
Ciepło w domu, przestronnie, już zapomniałem o Iberyjskiej. Któregoś dnia przejeżdżałem tamtędy i dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że tam był mój dom przez 26 lat. Najdłużej ze wszystkich miejsc tam mieszkałem. Urodziłem się w Kłodzku, później Świdnica, Siedlce, Rębków, Warszawa na Pradze, Bonifacego przez sześć lat, Iberyjska przez 26.
Gdzie się najlepiej czułem?
W Rębkowie - myślę że tak naprawdę to nigdy do końca się stamtąd nie wyprowadziłem.
Kiedyś, po latach wróciłem do tego domu w Rębkowie - był już sprzedany. Zupełnie bez sensu zacząłem wchodzić do domu i wychodzić. Co jest?
Co się dzieje?
A już wiem - skrzypienie drzwi to zakodowany w podświadomości sygnał bezpieczeństwa. Zaśmiałem się - jak to podświadomość potrafi upominać się o swoje. Przez całe lata gdy już mieszkaliśmy w Warszawie na każde Święta uciekałem na wieś. Także w zimę.
Przychodził do mnie tam na wsi przez pewien czas Tadek. Taki dziwny chłopak który tyle papierosów wypalał jak nikt inny. Nawet w nocy wstawał na papierosa. Trochę starszy był
jak przyszedł to palił w piecu, czasami butelkę przyniósł, jedzenie przygotował jednym słowem starał się być przydatny - czasami nawet za bardzo.
Kiedyś opowiedziałem, mu że Stasio wygaduje na mnie różne nieprawdziwe a negatywne rzeczy. Nie minął tydzień a ja widzę Stasia a on ma podbite oczy. Stasio był ojcem siedmiorga dzieci więc tak naprawdę to był Panem Stanisławem.
Po pewnym czasie pożaliłem się Tadkowi że miejscowy zdun czepia się mnie bez powodu. Minął tydzień a zdun ma podbite oczy.
O-o. Okazało się że Tadek czekał na każdego z nich w nocy i lał równo - nawet nie pisnął że to on, od innych się dowiedziałem.
SJS

Stare izolatory
Po raz kolejny trafiłem na rozmówcę który był przekonany, że zasady komunizmu to były dobre tylko ludzie je wypaczyli. Przepraszam ile masz lat? - zapytałem. Bo chyba miałeś do czynienia jedynie ze staruszką komuną za Gierka. Powiesz że komuna za błędy i ofiary w końcu przepraszała co nie przeszkadzało w tym samym czasie w innych świeżo przyłączanych do obozu - jakie to wymowne słowo "obozu"- powtarzać wszystkich już w pełni podporządkowanych państwach - widmach przećwiczonych działań jak:

  • pozbawienie własności,

  • wybicie inteligencji,

  • opanowanie wszystkich stanowisk które decydują o życiu pozostałych niewolników.

Dla zbudowania wielopoziomowej struktury niewolnictwa komunistycznego - a
to jest podstawowy warunek istnienia komunizmu
należy:

  • stworzyć jedynie słuszną teorię której słuszności nigdy od momentu jej ogłoszenia nie wolno podważać chodź by straty z powodu jej wprowadzenia były tragiczne,

  • ta teoria musi wyśmiewać wszystkie inne dotychczasowe teorie i religie,

  • teoria nie może ulegać zmianom co najwyżej jej interpretacja do której maja uprawnienia jedynie uprzywilejowani wybrańcy,

  • mądrzy i uczciwi mają być od tej pory prześladowani gdyż jako pierwsi zorientują

się w nonsensie komunizmu,

  • prześladowania należy traktować jako proces nieustający i ciągły,

  • prześladowania dobrze jest przeprowadzać jeszcze nie prześladowanymi to będzie ich łatwiej prześladować w następnej kolejności wcześniej prześladowanymi,

  • wykształcenie powinno być dostępne odpowiednio do stopnia służalczości dla

władzy,

  • nie wolno dopuszczać aby wykształcenie, doświadczenie i odpowiednią wiedzę potrzebną do kierowania państwem mogli zdobywać ludzi spoza ścisłego kręgu

  • wybranych - gwarantuje to powrót do władzy wybrańców po każdej ewentualnej  "rewolucji" czy próbie demokratyzacji,

  • wyrabiać w ludziach odruchy psa Pawłowa - powinni się odruchowo wręcz odsuwać od ludzi którym władza przypnie odpowiednie etykietki np. rewizjonista, warchoł, chuligan, reakcjonista, zapluty karzeł, niepoważny, podejrzany, itd itd,

  • należy zmieniać historię zarówno do przodu jak i do tyłu, bohaterowie powinni okazać się tchórzami, zdrajcy jedynie słusznie myślącymi itd.

Wesołe?
Raczej nie.
 Pamiętam dom babci na wsi w latach 54-55 - na ścianie były stare izolatory od prądu a w domu używano lampy naftowej - przyszły ekipy i elektryfikowały wieś. Po latach dotarło do mnie że na tej wsi już raz była elektryfikacja - z młyna. Młynarz postawił generator i wieś miała prąd a młynarz pobierał opłaty bez licznika jedynie od ilości żarówek. Nowa władza doszła do wniosku, że prąd może być tylko od niej. W tym czasie założyli też kałchoźniki które nadawały jedynie słuszny i jedyny program. W domu był Philips i ze zdumieniem stwierdziłem, że na świecie jest tak wiele innych radiostacji - nie bardzo docierało do mnie dlaczego te polskojęzyczne są słyszane gorzej i z jakimiś zakłóceniami.



21. Fot. Zła jakość tego zdjęcia ale wyraźnie widać wzdłuż drogi po prawej  stronie słupy a jest to około 1928 roku, droga nie jest utwardzona

W 56 czy 57 byłem jedyny raz na pochodzie pierwszomajowym, wyglądało że już będzie po ludzku. Ojciec z kilkoma kolegami kupili trak i postawili tartak, na wózkach bale wjeżdżały w trak i wychodziły deski, na meble, dachy, płoty - najbliższy tartak był chyba 30 km dalej. Tartak zamknięto bo nie dano zezwolenia, wrósł w ziemię razem z zaradnością ludzi, strasząc tych bardziej  zaradnych przed wychylaniem się - po latach usłyszałem od byłego funkcjonariusza "za dużo ich było w tej spółce - po co nam było tylu kapusi". Nawet płotu nie było z czego wyremontować. W latach 82-86 chciałem domek letni ocieplić to deski z GS-u zbierałem przez dwa lata pilnując czy w nocy nie ma może dostawy.
Na rzeką stał od ponad stu lat młyn - pamiętam kolejki furmanek do tego młyna - domiarami młyn zniszczono, którejś wiosny popłynęły więc stawidła i znikł zalew do którego z całej okolicy przyjeżdżali ludzie na odpoczynek, na ryby i oczywiście popływać. Zniknęły też wzdłuż rzeki uprawy pszenicy, rzepaku bo jak woda opadła to tylko ziemniaki i żyto dało się uprawiać - i tak jest do dzisiaj tylko na starych zdjęcia na szkle robionych przez ojca widać jak to wyglądało, a i jeszcze w mojej pamięci to zostało.
W rzece było tyle ryb, że chodziliśmy je łapać pod karpami rękoma - po godzinie było ryb na obiad dla rodziny ale postawiono mleczarnię i ryby do góry brzuchami spłynęły do Wisły - nawet kąpać się nie można było bo choroby skóry dokuczały. Ile to trwało? A od 1957 do 1997 gdy ryby wróciły do rzeki. Bywałem na uroczystościach w tamtej okolicy - w przemówieniach w latach 70-90 cofano się do dawnych czasów i oczywiście wieś była kiedyś biedna, zacofana a ukryci działacze robotniczy i chłopscy drążyli, drążyli i myśleli za wszystkich jak to ma być inaczej i ładnie.


22. Fot. Sposób spędzania czasu wolnego najlepiej świadczy o kulturze ludzi na fotografii ludzie z Rębkowa, chłopi, synowie i córki chłopów lata trzydzieste, na żadnej z fotografii z tamtego okresu nie ma butelki alkoholu

 Po ojcu zostało kilkaset zdjęć robionych na szklanych płytach w latach 25-39. Dobrze ubrani ludzie, zespoły muzyczne, strażacy ochotnicy w jednakowych mundurach, zdjęcia ze sztuk teatralnych i uroczystości, teatr na wsi? Tak, sami założyli teatr i jeszcze po okolicy dawali przedstawienia. Zarobili nawet na pokrycie blachą remizy.
Co mnie uderzyło na tych zdjęciach to sposób spędzania czasu - wycieczki, patefon lub instrumenty muzyczne, i nigdzie, nigdzie nawet w tle butelki z alkoholem! Szukałem na tych zdjęciach twarzy działaczy którzy przypisywali sobie działalność już przed wojną - nie znalazłem ani ja ani dzieci tych działaczy- czyli po wojnie budowali swoje zasługi na kłamstwie.
Chcesz jeszcze trochę wspomnień?
SJS

Odważniki

Czy są inne funty angielskie a inne kanadyjskie? Z dzieciństwa pamiętam że powiedziałem na lekcji chyba w drugiej klasie szkoły podstawowej, że odważniki to nie tylko 1, 2, 5 ale także 0,45. Nauczycielka powiedziała, że ja na pewno kłamie i wysłała mnie do domu abym przyniósł taki odważnik co go niema. No i przyniosłem ale o ile mnie pamięć nie myli to było jednak 0,45 kg.
Miały się ze mną nauczycielki. Powiedziałem, że mam filmy i mogę je wyświetlać - takie ruchome a był to rok 1956. Powiedziały że to nie możliwe to poprosiłem ojca i dał mi wziąć do szkoły projektor Pathe Baby
można ten typ projektora obejrzeć na stronie http://www.marriott.u-net.com/instruct2/pathe_baby/with_pictures.htm
Korbką się kręciło, żarówki komunistyczne się przepalały dość często ale można było kilka filmów obejrzeć. Filmy były albo w małych metalowych kasetkach chyba trwały 5 czy 15 minut ale chyba bardziej 5 i miałem jeden film półgodzinny z Charli Chaplinem. Charli grał złodzieja. Zakopany po ramiona w ziemi był pilnowany przez śpiącego wartownika który na dodatek siedział na ziemi tyłem do pilnowanego. Ciąg dalszy łatwo przewidzieć i tak jak miałem 4-5 lat bawiłem się całymi godzinami w zabawę która była oparta na filmie a u nas w domu nazwali ją "Miśko złodziej i Jurko policjant". Film ten zobaczyłem w wiele lat później tylko raz chyba "W starym kinie". [jest na Youtube]
Miałem też filmy z Haroldem Lloydem i jeden rysunkowy "Konik polny i mrówka". Po latach już w Warszawie sprzedałem projektor i filmy byłemu carskiemu oficerowi który nijak nie mógł się znaleźć w nowej a szarej jak zły sen rzeczywistości. Handlował w latach 60-tych czym się dało, jeździł w góry kupował rożne góralskie ozdoby i sprzedawał je także za przedwojenne srebrne monety po wsiach w okolicy Garwolina. Fugalewicz się nazywał, mówił, że jego córka mieszka w Warszawie i jest tłumaczem przysięgłym a on był taki bez przydziału. Przyjeżdżał do nas do Warszawy, na schodach przebierał się zmieniał buty i cześć ubrania aby wyglądać elegancko i lubił posiedzieć. Któregoś roku nie przyjechał i nie wiemy gdzie został. Pięknie śpiewał arię z Oniegina - ot jeszcze jeden zagubiony w Jedynie Słusznym Świecie.

SJS

Babcia

Chyba miałem osiem, dziewięć lat a więc było to wtedy gdy mieszkaliśmy na wsi czyli w latach pięćdziesiątych, któregoś dnia przyszła w odwiedziny do mojej babci jej kuzynka. Nigdy przedtem ani potem nie widziałem tej pani ale bardzo dokładnie zapamiętałem historię którą ona wtedy opowiedziała.
Otóż na samym początku Wielkiej Wojny którą dziś nazywamy Pierwszą Wojną Światową wcielono do armii carskiej męża tej pani pomimo tego, że mieli troje małych dzieci. jak w takiej sytuacji sobie może radzić kobieta?
Dzieci za małe żeby zostawić same w domu. Więc jak obrobić pole, oporządzić zwierzęta gdy najmłodsze dziecko w kołysce a i pozostałe same jeszcze wymagają zarówno opieki jak i nadzoru? Jednym słowem rozpacz i strach - co to dalej będzie? Nic tylko modlić się do Boga aby pomógł.
Nie minęło kilka tygodni gdy nie wiadomo skąd przyszedł do gospodarstwa starszy ale jeszcze całkiem sprawny fizycznie mężczyzna.
"Ja pomogę w gospodarstwie" - powiedział do zaskoczonej gospodyni.
"Nie mam czym płacić" -- odpowiedziała.
"Za jedzenie i miejsce do spania będę pracował"
Warunki sensowne a i wygląd budzący zaufanie więc się dogadali i nieznajomy pozostał w gospodarstwie. Minęły cztery lata. Przez ten czas ziemia była zadbana, zwierzęta też a i dzieci zaczęły traktować nieznajomego jak ojca.
Skąd przyszedł nieznajomy? Nie wiadomo - na pewno z daleka bo nikt go w okolicy nie znał. Jak się nazywał? Nigdy nie podał swojego nazwiska tylko imię.
Wojna się skończyła i którejś nocy do okna chaty ktoś zapukał. To wrócił z wojny mąż. Nieznajomy tej samej nocy mimo, że małżonkowie chcieli go zatrzymać zebrał swój skromny dobytek i poszedł w świat. Tak jak nie wiadomo skąd przyszedł tak i nie wiadomo dokąd poszedł.
Radość w domu - chociaż dzieci patrzyły na tatę jak na obcego, nic dziwnego - przecież wyrastały przy nieznajomym i jego traktowały jak swojego tatę.
Ta historia tak mi utkwiła w pamięci, że gdy kilka lat temu pojechałem z małżeństwem mieszkającym w Warszawie w okolice w której mieszkała wsparta w biedzie przez nieznajomego kobieta - opowiedziałem tą historię zasłyszaną w dzieciństwie. Wysłuchali tej opowieści w całkowitym milczeniu. Skończyłem a tu cisza. Pierwsza odezwała się kobieta:
"To jest opowieść o mojej babci. Po tamtym nieznajomym pozostało jeszcze jedno dziecko więcej i to była moja mama"

SJS

"Naukowiec"

Od różnych eksperymentów to są naukowcy i politycy. Niezupełnie, bo talenty i ciągoty do przeprowadzania eksperymentów moją także ludzie którzy ani z racji zawodu ani wykształcenia wydawałoby się nie powinni prowadzić badań praktycznych czyli eksperymentów. Gorzej jeśli eksperymentator mieszka na wsi gdzie nie ma mądrych książek jak przeprowadzać eksperymenty i oprócz chęci robienia różnych doświadczeń nie ma sam żadnej wiedzy jak to robić.
Eksperyment pierwszy.

Jak ustalić w prosty sposób które zwierzę jest szybsze pies czy kot? Jak szczuł psa na kota na podwórku to kot zawsze gdzieś zdążył wskoczyć a to na drzewo, a to do domu uciekł, a to szmyrgnął do stodoły. Jednym słowem nie można było ustalić które z nich szybsze. Wcale nie chodziło o to by szczuć tylko w końcu trzeba ustalić które szybciej biega.
Ale od czego jest pomysłowość? Kota wziął więc do worka, psa na łańcuch i poszedł z tymi "domownikami" daleko w pole. No - teraz to na pewno będzie wiadomo które szybsze. Psa spuścił z łańcucha, kota wyrzucił z worka i ...
Kot rozejrzał się - pies -Pan - pies -Pan i nic wokoło gdzie by można było ratować swoją skórę. Wskoczył na czubek głowy swojego Pana, pazurami wczepił się w czuprynę, pies na Pana, kot się drze i głowy nie puszcza. Złapał jakiegoś kija ten mądry, odpędza kijem psa i ciągnie ten niedokończony eksperyment do domu. Doszedł do domu. Z kotem na głowie przywiązał psa ale kot to dopiero zszedł mu z głowy jak się położył z nim na ziemi.
Czy eksperyment się w końcu udał czy nie?
Oczywiście - kot okazał się inteligentniejszy od swojego Pana.
Eksperyment drugi.

Lato, ciepło a nawet upalnie, rzeka Wilga już była zatruta bo przeprowadzano na niej wieloletni eksperyment ile ścieków można spuścić do niej aby wytruć wszystkie ryby - ten eksperyment był prowadzony przez naukowców naukowego socjalizmu. Wiele lat te zarazy eksperymentowały. Rzeka w której było tyle ryb, że po godzinie łapania ryb ręką było na obiad dla rodziny zamieniła się w ściek do którego bez ryzyka zachorowania na nieustaloną chorobę lepiej było nie wchodzić.
Kąpać się więc chodziliśmy do zbiornika pożarowego co go strażacy na strużce zbudowali. Głęboko tam nawet było - chyba więcej niż trzy metry.
Przechodził koło tego zbiornika ten od eksperymentów z kotem. Patrzy na nas i pyta: "Głęboko tam". Nie, nie tak bardzo i chyba Heniek co się akurat kąpał - ten którego dziadek do ruskich po papierosy wyszedł i zginął - podniósł ręce żeby pokazać że nie jest głęboko - oczywiście do dna nie sięgał, po prostu machał nogami i utrzymywał się na wodzie.
Właściciel mądrego kota zdjął spodnie, koszulę i wskoczył do zbiornika ale kto go tam wiedział, że on nie umie pływać. Wypłynął raz, drugi - oj niedobrze, utopi się jak nic. Kto tylko tam był to rzucił się aby go wyciągnąć jeszcze za życia - jego życia.
Wyciągnęli, ledwo doszedł do siebie pyta: "Chłopaki, czy słyszeliśta jak ja tam pod wodą krzyczałem?"
I jak tu nie wierzyć, że pod wodą głos się rozchodzi szybciej?
SJS


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego