Łatek - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Łatek

Twórczość > Opowiadania

Łatek
Koszula na drzewie czyli kto kogo pilnował?
Łatek to był zwykły, wiejski, trzymany na łańcuchu, burek któremu jedzenie podsuwano kijem gdyż bali się go prawie wszyscy - ja też. Przejeżdżałem po kilka razy w miesiącu na wieś do gospodarzy u których przyszło żyć Łatkowi. Nie budził ten pies zaufania, na hasło "daj" atakował, czujnie reagował na każdy ruch na podwórku i nikt ani nic nie mogło zbliżyć się do budy Łatka bez jego zezwolenia.
 Tylko czasami ten agresywny pies prawie płakał. Gdy chciał się załatwić długo piszczał aż wreszcie wyciągając szyję przyczepioną do budy łańcuchem starał się swoje nieczystości zostawiać jak najdalej od budy. Obserwując jego zachowanie pomyślałem - jak jesteś taki czysty to może i mądry?
 Za którymś kolejnym jego płaczem z duszą na ramieniu podszedłem do psa i spuściłem z łańcucha - wyrwał w pole tak, że nie miałem wątpliwości - gospodarz będzie miał do mnie duże a słuszne pretensje. Tymczasem pies załatwił swoją potrzebę i przyszedł do budy aby go przywiązać. Trudno mądrością nazwać dobrowolny powrót do łańcucha lecz może wyczuwał że mogę mieć kłopoty jeśli nie wróci?
 Podczas kolejnego pobytu na wsi, gdy już spokojnie mogłem spuszczać psa aby mógł pobiegać wpadłem na pomysł aby zabrać psa ze sobą na grzyby. Pies już po części ze mną zaprzyjaźniony - chociaż trochę nieufnie wskoczył zawołany do samochodu ale gdy ruszyłem próbował wszelkimi sposobami wyskoczyć nie zważając na szyby i tapicerkę samochodu. Jeszcze zanim wyjechałem na bitą drogę dał się uspokoić i położył się na podłodze. Widać zaufanie do mnie było już większe niż naturalny przecież w takich warunkach strach.
 W lesie pies zakręcił się wokół mnie i zniknął. Daleko to było od domu i szansę na to aby pies trafił z powrotem były raczej nikłe. Gdy już straciłem nadzieję na znalezienie psa spostrzegłem, że coś łaciatego biega po lesie w pewnej odległości wokół mnie. Okazało się, że to ja nie wiedziałem gdzie jest pies natomiast pies doskonale wiedział gdzie ja jestem.
 W pewnej chwili przez krzaki zobaczyłem coś dziwnego - koszulę która podskakiwała i szybko wspinała się na drzewo - ki czort - koszula biega po lesie i jeszcze wspina się po drzewach! Lecz gdy usłyszałem z tego kierunku szczekanie psa dziwnie podobne do Łatka nie miałem wątpliwości - właściciela koszuli Łatek zapędził na drzewo gdyż według psiego rozumowania nikt w lesie nie powinien zbliżać się do mnie. Nie tylko czystym okazało się to psisko ale wiernym i mądrym.
SJS
Łatek - miastowy pies
Nigdy nie widziałem psa który by lubił jazdę w bagażniku samochodu ale Łatek jak widać był nietypowy. Tak bardzo lubił jeździć z nami samochodem, że na pstrykniecie palcami przy otwartym bagażniku wskakiwał i układał się wygodnie właśnie w bagażniku. Ponieważ czasami wieźliśmy go do dziadków na wieś aby zostawić go tam na kilka dni to tak wycwanił się, że gdy otwieraliśmy bagażnik najpierw sprawdzał gdzie jest zanim opuścił to dziwne legowisko. Jeśli to było u dziadków potrafił się zbuntować i nie wysiadać przecież powinniśmy pojechać na działkę którą tak skutecznie pilnował, że i 300 400 metrów od naszych samotnie stojących w polu zabudowań nikt kto naprawdę nie musiał to nie chodził.
 Jak się u nas znalazł ten pies? 

A wprosił się prawie gwałtem jak miał dwa lata. Był to pies dziadków. Od szczeniaka się tam wychował i wyrósł na dużego, dzikiego, groźnego kundla łańcuchowego. Nawet jeść nie każdy mógł mu podać taki był groźny. Do mnie przylgnął dość niespodziewanie po tym jak raz i drugi odważyłem się spuścić go z łańcucha. Za którymś razem zaryzykowałem i zabrałem tego psa co znał tylko budę i łańcuch do samochodu i pojechałem na swoją działkę. Zawsze to milej być na tym odludziu z psem niż siedzieć tam samemu. Po kilku takich wyjazdach pies jakimś cudem zapamiętał drogę od dziadków na działkę i zaczął zrywać się z łańcucha i przybiegał na działkę.
Doszło do tego, że przyjeżdżam na działkę późna jesienią po dwóch tygodniach nieobecności a tu sąsiad do mnie wychodzi i mówi:
„Zabierz tego psa bo nam nie daje po polach się poruszać”
„Nie mam żadnego psa”
„A to idź i zobacz”
No tak, rzeczywiście z moich zabudowań wybiega Łątek i pędzi się przywitać. Jak się okazało to ponad tydzień tam siedział bez jedzenia i czekał kiedy przyjadę.
Co z nim zrobić? Zostawiam u dziadków to się urywa z łańcuch. Zostawić na działce to przecież myśliwi go ustrzelą jak nic
przecież zaatakuje ich jak dwa razy dwa cztery.
„Może go na zimę wziąść do Warszawy?”
„Do bloku? I co z nim zrobisz?”
Może by jednak spróbować? Może jakoś damy radę?
Gdzieś znalazłem obrożę, kaganiec, kawałek smyczy. Ten pies smyczy nie znał - tylko łańcuch i budę ale po kilkuset metrach wspólnego marszu w kierunku stacji kolejowej zorientował się jak iść aby iść ze mną. Wykupiłem bilety do Warszawy, idziemy na peron. Pociąg znał i się go nie bał gdyż już wcześniej zdarzało się, że mnie odprowadzał z własnej woli a nie na smyczy na pociąg na stację kolejową przy dziadkach. Próbowałem go przy tamtych „odprowadzeniach” odpędzać ale szedł najpierw daleko ode mnie a czym było bliżej stacji to i on starał się być bliżej mnie. Na peronie to już siedział przy mnie i nawet starał się za mną wskakiwać do pociągu. Odpędzałem go aby wrócił do gospodarzy.
 Któregoś razu jak pociąg ruszył wyjrzałem przez okno
Łatek biegł za pociągiem tak długo jak tylko mógł nadążyć. Ot i problem. Nie ma więc się co dziwić, że w końcu przyczepiłem smycz i wykupiłem bilety dla mnie i dla psa. Jak on będzie się zachowywał w pociągu? Jak ten pies będzie mieszkał z nami na piętnastym piętrze?
 Podjechał pociąg, wsiadł, niespokojny lecz jak znalazłem miejsce siedzące to położył się obok mnie i już nikt nie mógł przejść koło nas bez jego zezwolenia a mojego przyzwolenia. Dojechaliśmy do Warszawy
bez problemów. To znaczy nie mieliśmy problemów my czyli ja i pies. Problemy mieli pasażerowie z poruszaniem się po wagonie.
 Ze stacji przeszliśmy do autobusu. Gdy autobus podjechał Łatek wskoczył nawet przede mną, położył się i tak dotarliśmy na Stegny. Wyskoczył z autobusy tak zgrabnie jakby całe życie nic innego nie robił. Trochę się zastanawiał czy wejść do windy ale skoro ja wchodzę to i on też może.
 Żona jak nas zobaczyła to nie była zadowolona. Chyba nawet określenie była niezadowolona było bardzo łagodne ujecie tego co żona okazywała. Wiejski, łańcuchowy i na dodatek groźny burek w mieszkaniu w bloku zdecydowanie źle rokował. Ja chyba też nie miałem zbyt pewnej miny.
Pierwszy wieczór, kładę się do łóżka a pies za mną!
„A ty gdzie?”
Postał, postał przy łóżku, popatrzył na mnie i kładzie się obok łóżka ale tak jak ja czyli na plecach a łapy do góry. Widział kto tak leżącego dużego psa?
Coś mu to leżenie nie wychodziło bo nogi przeważały więc lądował to na jednym to na drugim boku. W końcu wstał jeszcze raz popatrzył jak ja leżę a właśnie przekręciłem się na bok, pomruczał i zwinął się po swojemu, po psiemu. Też coś spać na plecach! Jak ci ludzie tak mogą?
 Po kilku dniach pobytu w Warszawie Łatek już nie był wiejskim burkiem, był „miastowy” jak może być miastowy pies który od szczeniaka wychował się w mieście. Inteligentny, kojarzył i zapamiętywał więcej i szybciej niż większość psów jakie znałem. Oczywiście pierwszeństwo w zapamiętywaniu to miały te wydarzenia które on uważał za ważne i tak było przez następne dwanaście lat. Tyle był u nas. Łobuzy omijały nasz blok od tej pory. Po piętrze jeśli ktoś nie musiał to starał się nie chodzić bez wyraźnej potrzeby. Nikt obcy ani wejść ani tym bardziej wyjść z naszego mieszkania bez „zgody” Łatka nie mógł.
 Łatek nie miał wygórowanych wymagań. Jadł prawie wszystko nawet ziemniaki i chleb. Zasada co do jedzenia była prosta
to co na podłodze i w misce to jego, to co na stole czy nawet stoliczku to nasze i tego ruszać nie wolno. Jeśli chciał wyjść to pokazywał to tak skutecznie, że nie było wątpliwości o co mu chodzi. Czysty był, wierny i pilnował aby nic nam według jego uznania nie zagrażało.
 Dwanaście lat razem z psem o takim charakterze to setki przygód śmiesznych, groźnych, pouczających, zaskakujących
jednym słowem było to nieustający cykl wydarzeń z Łatkiem w roli głównej.
SJS

Rozum psa
Łatek miał swój świat i próbował go integrować z naszym. Miał swój sposób rozumowania, swoją logikę i tak wyraźny charakter, że po siedmiu latach po tym jak odszedł na łąki wiecznego polowania, ludzie którzy go znali pytają „A jak tam pies?”.
Gdy Łątek miał dwa lata wymyślił sobie, że jego Panem to mam być ja. Nie pytał mnie zresztą o zdanie. Potrafił zrywać się z łańcucha i łaził za mną i żadne odpędzanie nie skutkowało.
Pewnego razu wybrałem się z działki do Warszawy. Samochód był w naprawie i trzeba było jechać autobusem. Łatek odprowadził mnie na przystanek, próbował wskoczyć do autobusu ale go popędziłem. Tego to już za wiele. Ja pojechałem, Łatek został. Zwykle w takich sytuacjach wracał do domu. Tym razem jego rozumowanie było dość nietypowe chociaż na swój sposób logiczne. Jeśli znikam za jakimiś drzwiami to prędzej czy później muszę się w nich pojawić.
Logiczne?
Prawda?
No tak ale co zrobić jeśli drzwi odjechały?
Jak odjechały to i muszą przyjechać więc trzeba czekać.
Przystanek autobusowy był tuż przy wjeździe na teren Geesu gdzie mieściły się biura oraz magazyny nawozów i pasz. Przy samej drodze to tak raczej niedobrze czekać i jak Łatek rozejrzał się to zobaczył na terenie Geesu motorynkę taką jak ja jeździłem. Stała ona przy wejściu do biura. Dobrze jest, przecież po motorynkę to ja muszę przyjść. Do tej pory zawsze tak było. Tego, że to nie jest moja jakoś nie mógł wydedukować. Położył się więc przy motorku i rozpoczął czuwanie.
Łagodni ludzie w tych biurach pracowali bo mimo, że Łatek przestał wpuszczać ludzi do biura i wypuszczać to hycla nie wezwali. Może nawet na początku pracownicy cieszyli się, że to taki niezwykły dzień i nie ma interesantów? Zorientowali się jak sami chcieli w porze obiadowej wyjść do sklepu. Łatek objął teren w posiadanie i kontrolował według własnego uznania kto i gdzie może się poruszać. Dobrze, dobrze
dzień bez interesantów to nawet przyjemne ale w końcu trzeba iść do domów.
Co tu robić?
W końcu, jakiś znawca psiej duszy, poświęcił kawałek kiełbasy i wyprowadził Łatka poza teren. Bramy i furtki zamknięto, odczekano trochę i powoli dało się tak oszukać psa aby wszyscy mogli opuścić teren. Łatek w końcu zrezygnował i wrócił do gospodarzy.
Innym razem, wczesna wiosną, tak wczesną, że w żaden sposób nie można było pokonać samochodem tych pięciuset metrów polnej drogi która prowadziła na moja działkę od głównej drogi Łatek wykazał się jeszcze większą nadgorliwością.
Samochód zostawiłem na poboczu tej utwardzonej drogi a sam, no może nie sam bo z Łatkiem poszedłem na działkę. Nocowałem tam i Łatek jak mi się wydawało też. Zwykle spał ze mną w budynku ale tym razem uparł się aby go zostawić na zewnątrz. Spał w takich przypadkach na werandzie.
Tak już około ósmej rano to już byłem na nogach, Łatek oczywiście też. Zadowolony asystował mi w tym co robiłem. Łatek w pewnym momencie zaszczekał a był to znak, że ktoś do nas idzie.. Takie krótkie rzadko powtarzane szczekanie oznaczało, że na końcu pola czyli dobre sto pięćdziesiąt metrów od zabudowań ktoś się pojawił. Wiązałem go wtedy albo zamykałem w budynku. Ponieważ tym razem był to sąsiad założyłem psu kaganiec i przyczepiłem do smyczy.
Przyszedł sąsiad i skarży, że Łatek to ludziom co na poranne pociągi szli nie dał przejść drogą. Po polach, nawet poza zabudowaniami musieli obchodzić to miejsce gdzie stał mój samochód. Łatek nie dał nawet zbliżyć się do samochodu! Siedział przy nim w nocy aż do czasu gdy wstałem. Taka zmyślna bestia a mnie się wydawało, że śpi na tarasie. I jak tu takiego psa nie szanować?
Był z nami na dobre i na złe dwanaście lat i ludzie go pamiętają. Wciąż jeszcze o niego pytają chociaż dawno go nie ma a u nas jest od kilku lat mała suczka
znajda z krzywymi nogami. Suczkę znalazłem w szczerym polu, na końcu swojej działki, chyba w rok czy dwa lata po śmierci Łatka ale to już inna przygoda.

SJS 16.12.2004


Wiosna.
Wiosna rzekami przychodzi wraz z szumem spienionej wody,
Na fali wezbranych strumieni, do morza spływają chłody.
Życie w drzewa powraca, wiatr ciepły bazie rozwija
Chłopi na pola wychodzą, zobaczyć co zima zbroiła.


„Urwałby nogę, urwałby nogę, urwałby nogę...”
Coś niedobrego musiał zjeść Łatek i to tak niedobrego, że co dwie, trzy godziny trzeba było z nim wychodzić. W nocy czy w dzień- wszystko jedno- a pies musi wyjść mimo, że dostawał lekarstwa. Jak go zostawić w takim stanie samego w mieszkaniu a trzeba iść do pracy? Nie poznam mieszkania jak nic jak wrócę po południu nie ma co do tego wątpliwości.
 Chciał, nie chciał trzeba psa wziąć ze sobą do pracy. Trzeba przyznać, że wzbudził w Instytucie Fizyki
bo tam wtedy pracowałem większe zainteresowanie niż delegacja wietnamska. Grzeczny był nad podziw, dawał się pogłaskać i wyraźnie rola gwiazdy mu odpowiadała. Jeden z pracowników szczególnie się psem zainteresował i po kilku godzinach uznał, że pies jest łagodny jak baranek a ja zupełnie niepotrzebnie trzymam go w kagańcu. Tłumaczyłem, że pies jest groźny nawet w kagańcu. Przy jego wadze, pazurach i zaciekłości podczas ataku może szkody narobić większej niż niejeden pies bez kagańca.
„E tam, a ja mu bez problemu zabiorę nawet to co będzie na polecenie miał pilnować”
Marudził ten „znawca” psów tyle, że w końcu, dla odczepnego zgodziłem się na „eksperyment” który dla mnie nie był eksperymentem bo łatwo można było przewidzieć jego wynik.
Psu dałem piłkę i na polecenie „pilnuj” Łatek położył łapę na piłce. Zadowolony pies
a nie ten pracownik rozejrzał się po otoczeniu czy wszyscy widzą czego to on pilnuje. Zadowolony był także pracownik bo Łatek wyglądał wtedy jeszcze bardziej niewinnie.
 Pracownik ruszył w kierunku Łatka odebrać piłkę. Już, już był pewien, że piłkę zabierze bez problemu gdy jak mu się wydawało zaprzyjaźniony pies skoczył do nogi, uchwycił łapami, przytrzymał kagańcem i przerażony pracownik wyrwał z tego uścisku nogę ale bez buta.
„Urwałby nogę, urwałby nogę, urwałby nogę...” powtarzał jak nakręcony blady i całkiem zszokowany „eksperymentator”.
Łatek został bohaterem i już nikt nie miał wątpliwości jak złudny jest łagodny jego wygląd.
SJS niedziela, 27 czerwca 2004 Parcele w Alei Lipowej

Sprzedałem jeże
Łatek był u nas chyba dwanaście lat. Był to mało - gdzie mógł to rządził. Nawet czasami nie wiedzieliśmy jak jego obecność wpływała na nasze otoczenie. Zorientowaliśmy się dopiero gdy go zabrakło.
W ciepły dzień siedzieliśmy przy stole wystawionym na trawę przed dom. Siedzimy, rozmawiamy a tu w biały dzień środkiem podwórka idą dwa małe jeże. Większy na przedzie a mniejszy jego śladem. Oba były młode i jak się okazało wracały do kryjówki z polowania.
Za czasów Łatka takie wędrówki nie miały miejsca w nocy a tu jeże w dzień paradują. To ja tak myślę, że trzeba je sprzedać.
Jeże sprzedać A kto kupi i za ile?
Pobiegłem po aparat fotograficzny i zrobiłem zdjęcia jeżom - i sprzedałem.
Jeże? Nie, zdjęcia jeży i artykuł o nich do „Domu Letniego ” sprzedałem - nawet się podobało. 



Dorosłe jeże na polowania wyruszają nocą i trudno je podpatrywać natomiast młode jeże w pierwszych tygodniach życia są aktywne po południu i dość szybko przyzwyczajają się do dyskretnej a niezbyt hałaśliwej obecności młodych osób.
Młode jeże bardzo wcześnie bo przed ukończeniem miesiąca życia muszą być już samodzielne. Przeżyć im w naszych czasach jest o wiele trudniej niż przed wieloma laty ponieważ większość ogrodzeń jakie powstały na terenach przeznaczonych pod rekreację jest dla nich nie do przebycia a drogi dojazdowe do działek które kuszą jeże łatwością poruszania się po nich i zdobywania pokarmu stanowią dla nich śmiertelne niebezpieczeństwo.
To właśnie ich krótkie nóżki powodują, że na polowania chodzą wydeptanymi przez innych ścieżkami czy wyjeżdżonymi dróżkami powtarzając taką samą trasę przez wiele dni. Polują na koniki polne, dżdżownice i właściwie chyba na wszystko co małe i nie ucieka zbyt szybko. Te na pozór niezdarne kolczaste kulki doskonale skaczą na koniki polne, przytrzymują je przednimi łapkami i sprawdzają odchylając kolejno łapki - jest konik czy nie. W czasie swych wędrówek za pożywieniem oddalają się te maleństwa nawet 200 - 300 m od legowiska po czym wracają najczęściej do tych samych miejsc ukrycia i na takiej właśnie powrotnej wędrówce przedefilowały przed naszym stołem.
W przeciwieństwie do dorosłych osobników małe jeże wychodzą ze swych ukryć w ciepłe dni przed południem i lubią wylegiwać się w słońcu chowając się w trawie tak, że nawet z odległości metra trudno je zauważyć. Układają się wtedy na boku tak aby brzuszek był od strony słońca. Nie płoszą się wtedy i nie uciekają do legowiska uważając, że nic im nie grozi. Dopiero przy silnym bliskim hałasie zwijają się w kulkę nie wiedząc, że nie chroni to ich przed pojazdami czy kosiarkami.
Po południu małe jeże wyruszają na polowania (ich aktywność w ciągu doby nie przekracza zazwyczaj sześciu godzin) i jeszcze przed zachodem słońca wracają ciągnąc po ziemi pełny jedzenia, puchaty brzuszek. Zdarza się że rodzeństwo małych jeży wyrusza przez kilka tygodni razem na poszukiwania pożywienia - przewodnikiem wtedy jest silniejszy i co za tym idzie większy osobnik.
W deszcze jeże nie mają problemu z pożywieniem ponieważ mają wtedy obfitość wychodzących z ziemi dżdżownic. Natomiast kłopoty z jedzeniem mogą mieć małe jeże jeśli znalazły się w ogrodzeniu o zbyt małym zasobie naturalnego pokarmu np. w obrębie nowego ogrodzenia. Można je wtedy podkarmiać mlekiem a nawet drobno pokrojonym surowym mięsem lecz nie należy odzwyczajać ich od samodzielnego poszukiwania pokarmu i jeśli to możliwe lepiej jest przenieść je z ogrodzenia na teren łąk z zaroślami gdzie powinny sobie samodzielnie poradzić.
Jeże żyją co prawda w niewoli nawet kilka lat ale trudno ich nauczyć czegoś więcej niż wychodzenia z legowiska do miski z jedzeniem. Bez wizyty u weterynarza lepiej jeża nie przynosić do domu ponieważ mogą mieć na sobie kleszcze. Lepiej też dzieci obserwujące życie jeży uczulić aby nie dotykały ich ani nie głaskały -podać na miseczce jedzenie i to cały bezpieczny kontakt z jeżami!
Gdzie się chowają jeże? Prawie wszędzie ale najczęściej pod pniami zwalonych drzew, w śmieciach czy nawet kompostach w wygrzebanych w nich płytkich norkach. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym z przesuwaniem czy usuwaniem zwłaszcza za pomocą wideł takich jeżowych zakamarków.
Nie kośmy jeży!  
SJS

Pół roku temu umarł nasz były sąsiad z Iberyjskiej. Po pogrzebie spotkaliśmy się na stypie. Jednym z pierwszych pytań jakie usłyszałem - to było pytanie -a jak tam Łatek? 

A Łatka już ponad 17 lat jak nie ma. Wrył się w pamięć ludzi. 

kwiecień 2015

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego