Siedlce - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Siedlce

Twórczość > Opowiadania


Część I Siedlce

Telefon, pali się, kto tam ? Diabeł z piekła
Na początku lat pięćdziesiątych kolejnym miejscem naszego zamieszkania stały się Siedlce. Ojciec objął tam stanowisko komendanta straży pożarnej. W mieszkaniu które nam przydzielono podłączono telefon, taki na korbkę co to dla uzyskania połączenia trzeba było pokręcić korbką wtedy w centralce obsługiwanej przez telefonistkę odzywał się dzwonek i na tablicy opadała taka mała błyszcząca klapka która wskazywała z którego to numeru ktoś próbuje uzyskać połączenie. Zgłaszała się wtedy telefonistka i ręcznie wtykając odpowiednie sznury w odpowiednie gniazdka łączyła z numerem z którym chciało się rozmawiać. Centralka telefoniczna była zamontowana w straży pożarnej tej samej której ojciec był komendantem.


Który to jestem na zdjęciu? Ten najmniejszy a obok siostra Justyna i brat Zbyszek. Siedlce 1953 rok.
Dość szybko zorientowałem się co trzeba zrobić aby uzyskać połączenie i wymyśliłem zabawę która moim zdaniem była doskonała - dzwoniłem i po zgłoszeniu się telefonistki krzyczałem "pali się", telefonistka pytała "gdzie?" a ja zadowolony z dowcipu mówiłem "pod kuchnią" i odkładałem słuchawkę. Nie musze dodawać, że telefonistka wiedziała z którego to aparatu telefonicznego dzwoni ten pożarnik.
Miałem wtedy pięć lat i poznawanie świata było nieustającą przygodą i chyba niczemu się nie dziwiłem, traktując wszystko dookoła za normalne i należne mi - no chyba że ktoś chciał mi spuścić lanie - to już wtedy nie uważałem tego za coś co mi się należy i potrafiłem zdecydowanie dawać temu wyraz.
Jak dzwonił telefon to oczywiście ja pierwszy byłem przy nim i podnosiłem słuchawkę mówiłem "tak, słucham". Po kilku dowcipach z tym pożarem co to pod kuchnią jedliśmy w domu wszyscy obiad, zadzwonił telefon, oczywiście to ja podniosłem słuchawkę. Mówię jak dorosły "słucham" a tam cisza, pytam więc "Kto tam?".
"Diabeł z piekła" odezwało się basem ze słuchawki - położyłem więc szybko tę dziwnie gadającą część telefonu na widełki i grzeczniutko siadłem z powrotem za stołem
takiego połączenia to ja się nie spodziewałem. Sam diabeł i to z piekła gadał!
Rodzice zapytali: "Kto dzwonił?" Nie chciałem powiedzieć ale się dowiedzieli - ojcu w końcu strażacy powiedzieli jak mnie oduczyli straszenia pożarem.
SJS


Kałuże i gumowce
Gumowce na początku lat pięćdziesiątych były rarytasem sprzedawanym z pod lady a gumowce dla dzieci to już był wyrób którego tamten przemysł w żaden sposób nie umiał czy też nie miał odwagi produkować. Mój kolega z tej samej ulicy jednak miał gumowce, wujek mu z Ameryki przysłał. To były jedyne dziecięce gumowce chyba w całym mieście nic też dziwnego że ich właściciel pokazywał nam ich zalety. Wchodził lub wskakiwał w takie kałuże które my musieliśmy omijać z daleka. Nasze buty dość szybko przemiękały nawet bez wchodzenia w wodę.
Niedaleko od naszej ulicy był Karier czyli taki wykop którego dnem szła linia kolejowa. Stały tam na nieużywanych torach rozbite wagony, potrzaskane jeszcze z czasów wojny lokomotywy - jednym słowem doskonałe miejsce na wyprawy.
W jeden z wczesnowiosennych dni wybraliśmy się z kolegą który był właśnie tym dumnym posiadaczem gumowców i moim starszym bratem na wyprawę do Karieru. Jeszcze gdzieniegdzie w zakamarkach leżał śnieg ale w większości miejsc można było już spokojnie chodzić w zwykłych zimowych butach. Oczywiście w takim wykopie były też kałuże a jak kałuże to i popisy kolegi czego to w gumowcach nie można sprawdzić własną nogą. Wskakiwał więc do nich rozbryzgując brudną wodę wokół siebie a my patrzyliśmy z podziwem i chyba z zazdrością na jego wyczyny.
Kałuże jak to kałuże były i małe i duże ale wszystkie dość płytkie jak na dziecięce gumowce i była po drodze taka całkiem mała kałuża co to można w sam środek wskoczyć i wszystko dookoła opryskać. Kolega wskoczył, woda się rozstąpiła i zakryła go razem z głową bo to nie była kałuża tylko dół wypełniony wodą.
Mój starszy brat, bardziej niż ja przytomny i doświadczony natychmiast sięgnął po "topielca" który zdążył już wypłynąć na powierzchnię i wyciągnął niezmiernie zdziwionego i całkiem mokrego kolegę.
Oczywiście był to już koniec wyprawy a początek dość szybkiego powrotu do domu przy akompaniamencie chlupiących gumowców wypełnionych wodą i pochlipującego kolegi.
Jednak nasze buty były bezpieczniejsze!
SJS

Tory kolejowe, zbiórka złomu
Czasami ludzie nie wierzą mi, że ja tyle pamiętam z dzieciństwa, tyle szczegółów, tyle przygód i wydarzeń - przecież minęło od tamtych czasów tyle lat! Dlaczego tyle pamiętam? Nie wiem. Bardzo mało pamiętam z czasów gdy chodziłem do Technikum - dlaczego? Myślę, że może być kilka przyczyn - czas dojrzewania, czas wielu bezsensownych stresów, szkoła kombajn zabijająca indywidualność - a może po prostu tak bywa i już.
Siedlce tym różniły się od innych miast jakie widziałem że miały Karier - wykop na kolej. Nie pamiętam czy część torów była nadal używana czy tylko stały tam porozbijane, postrzelane lokomotywy. Jeszcze w 54 roku stały - od końca wojny tam były.
Tak chyba w 53 a może w 52 zarządzono zbiórkę złomu. Wszyscy mieli zbierać - uczniowie też a w Karierze tyle złomu. Lokomotywy to raczej nie można zanieść na złom ale można sporo odkręcić a jeszcze łatwiej to odkręcić to wszystko to co przy torach, śruby, gwoździe, nawet odcinki torów - a co? Jak zbiórka to zbiórka. Nawet chyba jeden nauczyciel to miał być udekorowany za tę zbiórkę złomu ale kolejarze też sobie przypomnieli o tych lokomotywach i doszli do wniosku, że najlepiej to je tak na kołach przetoczyć na złom.
Ale jak przetoczyć lokomotywy jak ktoś szyny ukradł, zwrotnice zdekompletował - awantura straszna się zrobiła - nauczyciel ten przodownik pracy socjalistycznej nagrody to chyba nie dostał, kolejarze złomu nie mogli dostarczyć i tak dzieło zapoczątkowane przez Stalina zgrzytało, zgrzytało a czasami nawet straszyło.
Chyba tego samego roku w grudniu w kinie co to było tuż przy więzieniu, zorganizowano choinkę dla dzieci. Z prezentami. I Dziadkiem Mrozem zamiast Świętego Mikołaja.
Dzieci się go bały i nie chciały brać prezentów chociaż był nawet podobny do tego prawdziwego - może tylko inaczej się zachowywał, był agresywny i pytania jakieś takie nie religijne zadawał i na sali był płacz.
SJS

Sen o rowerku i to samo miejsce po latach
To nie mnie się śnił rowerek a mojej mamie. Ojciec pojechał do Poznania w delegację - to było chyba w czas wystawy poznańskiej, chyba w 53 roku. To były takie czasy co to towary te bardziej skażone kapitalizmem to tylko na kartki można było dostać albo jak ktoś miał szczęście i był w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu.

2. Fotografia -  Rowerek służył kilka lat, Zenon, Zbyszek i ja. Rębków 1956.
Ojciec przyjechał późno w nocy a może nawet nad ranem i nie budząc nas położył się spać.
Rankiem moja mama mówi, że śnił się jej taki mały rowerek w sam raz dla mnie i nawet z tego snu cieszyła się tak jak by to była już rzeczywistość. Ojciec obudził się już po tym jak wszyscy wstaliśmy i zjedliśmy śniadanie. Mama oczywiście opowiedziała mu swój sen a ojciec pyta a skąd wiesz?
„Co wiem?”
„No, że kupiłem dla Jurka rowerek.”
„Jaki rowerek?”
No i ojciec podszedł do szafy i wyjął pompkę taką małą do dziecinnego rowerka. Okazało się, że w Poznaniu trafił akurat na dostawę i kupił ale nie przywiózł tylko nadał pocztą czy biletem towarowym. Tylko na wszelki wypadek to pompkę wziął ze sobą.
Po kilku dniach poszliśmy wszyscy wieczorem na dworzec kolejowy odebrać przesyłkę. Rowerek był owinięty takimi karbowanymi papierami jak by bardzo gruby papier toaletowy. Nie można było na nim jechać bo pedały były przykręcone odwrotnie i bez kluczy nie można było ich przestawić dlatego rowerek do domu został przyniesiony.
Teraz to mnie się zaczął śnić, że na nim jadę - po prostu siadam i jadę. Rano rowerek był już skręcony i oczywiście próbowałem na nim jeździć już w domu dookoła stołu. Obijałem się bez przerwy i jazdą tego w żaden sposób nie można było nazwać więc z rowerkiem jak tylko przestało padać wyszliśmy na ulicę. Tu na pewno będę od razu jeździł!
Znów zdziwienie, że ja czegoś tak prostego nie umiem ale trzeba przyznać, że już trzeciego dnia śmigałem po ulicy w te i we wte. Dopiero po kilku miesiącach na tej ulicy pojawił się następny mały rowerek.
-------------------------
Po latach pojechałem do Siedlec z moją córka, Martą - miała wtedy chyba 14 lat. Idę z nią ulicą od stacji w kierunku tej na której mieszkaliśmy i opowiadam historię o rowerku. Podchodzimy do tej "mojej" ulicy a zza rogu wypada na nas na małych rowerkach kilku pięcio- sześciolatków. Stanąłem oniemiały jak bym duchy zobaczył - ot i koło historii się zatoczyło pełny obrót. SJS

Pierwszy śnieg
Czy pamiętacie pierwszy śnieg w swoim życiu?
Ja pamiętam ale miałem wtedy już pięć lat. Czy wcześniej w Polsce śnieg nie padał? Oczywiście, że padał i musiałem przecież w poprzednie zimy chodzić na spacery i śnieg musiał być a jednak pamiętam ten śnieg na który czekałem. Nie pamiętam czy było zimno, nie pamiętam w jakich ubraniach chodziłem ale pamiętam taki wieczór gdy czekałem na śnieg. Na śnieg bo to będę mógł na sankach jeździć a moje rodzeństwo na nartach i śnieg, tak oczekiwany śnieg  zaczął sypać. Latarnie uliczne podświetlały ten spadający ukosami śnieg - osiadał na drzewach, na pniach, gałęziach ale tylko z jednej strony. Nawet na pniach całkiem pionowych też tylko z jednej strony się układał. Mój starszy brat też czekał na śnieg ale nie tak jak ja. Jak czekałem tak jak by to miał być mój pierwszy śnieg widziany w życiu.
„Czy ten śnieg to już tak pozostanie?” zapytałem brata.
„Nie - on szybko zginie bo popatrz jak on trzyma się na bokach drzew.”
Czy śnieg zginął czy już od pierwszego posypania się utrzymał nie pamiętam niemniej na sankach tego właśnie roku to już jeździłem samodzielnie nawet do przejeżdżających ulicą sań ciągniętych przez konie się podczepiałem zawsze to trochę pociągnęli. Chyba, że za dużo się nas podczepiło to wtedy koń był popędzany i na pierwszym zakręcie liczba uczestników kuligu zmniejszała się gwałtownie.
Nie wszyscy mieli sanki. U Niećków naprzeciwko naszego domu co było dużo dzieci to nie mieli sanek.

Skąd to wiedziałem? 

Bo oni ślizgali się w zimę na bosaka a jak ktoś nie ma na buty dla wszystkich dzieci to i na sanki też nie ma. Buty jednak ważniejsze i bez nich zabawa zimą nie trwa zbyt długo.
Niećków chłopaki były w różnym wieku i jak było ciepło to bawili się w chowanego ale jak ja siedziałem na balkonie to zabawa w szukanie trwała krótko bo przecież jak szukają to trzeba znaleźć, a jak trzeba znaleźć to szukanie powinno być jak najkrótsze - tak rozumowałem i chyba im psułem zabawę pokazując gdzie kto schowany. 

Czy złościli się na mnie? 

Nie - przecież chciałem pomagać ale zabawę zmieniali i znikali mi z pola widzenia. Przypomniałem sobie o tym po wielu latach gdy podczas pobytu w sanatoriom obserwowałem zabawy dzieci.
SJS

Czy zawsze można ufać temu co widzą oczy?
Cyrk ze swoimi pomysłami na bawienie się naszym wzrokiem, sztuczki karciane, nocne przywidzenia i sny tak realne, że nawet po latach trudne do zapomnienia - tyle miejsc i sytuacji a w każdej można być oszukanym i widzieć więcej niż widzimy lub nie widzieć to co jak najbardziej jest widzialne.
Po drugiej stronie ulicy, prawie naprzeciwko balkonu z którego psułem zabawę w chowanego dzieciakom od Niećków mieszkała jak mi się wydawała kobieta duch. Bo jak nazwać kobietę która wychodzi z bramy idzie do głównej ulicy, znika za rogiem a po kwadransie ta sama kobieta wychodzi znów z bramy do której nie wchodziła w międzyczasie. Nie wiedziałem, że na świecie żyją bliźniaczki, czworaczki i takie tam inne nieprawdopodobne wyczyny natury. Nie widziałem długi czas tych bliźniaczek razem a to dziwne zdarzenie powtarzało mi się wielokrotnie więc nie ma się co dziwić że zwątpiłem na długie lata w to czy można polegać na swoim wzroku. Mimo, że w końcu zobaczyłem je razem i zrozumiałem jakie figle płata natura.
Po wielu latach, a pracowałem w Warszawie w Instytucie Fizyki, przeżyłem podobną przygodę. W tej samej pracowni co ja pracowała Joanna. Niezmiernie interesująca postać. Nawet jeśli wychodziła na pół godziny do sklepów na Marszałkowską to po powrocie mówiła "Dzień dobry" - do dziś nie spotkałem drugiej takiej osoby.
Joanna miał bardzo charakterystyczny głos i bez problemu można byłą rozróżnić go także przez telefon. Któregoś dnia jestem w pracowni, jest Joanna, jest Krystyna - dzwoni telefon i słyszę głos Joanny w słuchawce a przecież Joanna siedzi obok mnie i jeszcze ten głos Joanny prosi do telefonu Joannę! Ludzie! - to przecież te kilka sekund w mojej głowie wszystkie tryby zgrzytały. Joanna musiała zobaczyć moją minę która więcej wyrażała niż słowa i spokojnie powiedziała:
"To moja siostra bliźniaczka"
Nie dość, że podobne do siebie to jeszcze mówią dokładnie tym samym głosem!
SJS

Wizyta rówieśniczki To wszystko przez niego
W Siedlcach mieszkaliśmy w takim piętrowym domu który był wybudowany chyba tak gdzieś około Pierwszej Światowej. Była duża solidna brama i mniejsza w niej furtka i w ten sposób chronione było i podwórko i wejście do domu. My mieszkaliśmy nad bramą - jedna ze ścian naszego mieszkania była zewnętrzna od tej strony co brakowało drugiego domu który kiedyś dotykał do tego naszego a któraś tam wojna go zniszczyła. Pewnie dlatego na tej ścianie jak była zima to za meblami szron się zbierał.
Rodzice mieli wielu znajomych którzy dość często do nas przychodzili. Rozmawiano o różnych wydarzeniach ale chyba częściej były wspominane te z przeszłości.
Raz tylko pamiętam, że długo komentowano "straszne" wydarzenie jakie miało miejsce przy okazji audycji radiowej. Otóż puszczono na antenę ja kto się dziś mówi ludową piosenkę - bo to czasy były przecież ludowe - w której był taki fragment: "a ta gęś tyłkiem trzęś, a to prosię zesrałosie...". Władze były oburzone, robotnicy, słuchacze też - tak wynikało z tego co inni mówili w tym samym zresztą radiu.
Jakie to problemy naród miał w tamtych latach? Prosię co się zesrało albo i nie.
Któregoś letniego dnia przyszli tacy jedni z wizytą i z córką w moim wieku więc poszedłem bawić się z nią na podwórko. Podwórko było nieduże, oficyna w której mieszkali byli właściciele tego "naszego" domu, drewniane komórki i płot też drewniany a wszystko to pachniało takim starym, mokrym, podgniłym drewnem. Był tam także kącik na kwiaty i na warzywa a i jeszcze na motocykl BMW co na nim jeździł Bogdan Zydlewski.
Nie bardzo już pamiętam w co czy też czym bawiłem się z tą moją rówieśnicą ale w pewnej chwili potknęła się, upadła i zaczęła ryczeć.
Dorośli zbiegli z góry i pytają ją co się stało?
"A to wszystko przez niego - wychlipała ta ciamajda" i wskazuje na mnie.
To i dostałem po uszach zanim usłyszeli dalszy ciąg - "to wszystko przez niego bo do niego przyszłam"
Niestety to co zdążyłem oberwać już było nie do cofnięcia
----------------------------------
Kto to Bogdan Zydlewski?
Ciekawy człowiek - na motocyklu BMW jeździł. Chłopom baty wyrywał i uciekał. Co raz to na ulicę wjeżdżała jakaś furmanka z chłopem co się dopytywał "czy tu nie jechał taki na motorze co to jego bat zabrał?".
Na czym ta zabawa polegała?
Chłopi co przyjeżdżali furmankami do Siedlec mieli zwyczaj wystawiać poza furmankę bat - więc jak Bogdan jechał to mu po twarzy te baty waliły. W końcu zaczął polować na tych z wystawionymi batami i miał całkiem ładną kolekcję różnych batów małych i dużych.
Chłopi nacinali się na Bogdanie a Bogdan naciął się na nas. Mieliśmy piłkę lekarską, dużą, skórzaną, wypchaną trocinami. Wytoczyliśmy ją z bratem przed dom i turlaliśmy do siebie. Zobaczył to Bogdan który na swoje nieszczęście wracał w tym czasie do domu. Taka piłka! Rozpędził się i z całej siły kopnął piłkę. W życiu nie widziałem takiego połączenia zdziwienia, złości, wściekłości i bólu.
I takiego krzyku.
Ale się nie gniewał na nas bo i dlaczego?
Miewał ważniejsze problemy. Jak budowali wiadukt nad torami to przejazd tymczasowy był dołem i tam nie wiem dlaczego postawili takiego jednego z karabinem i czapką z orzełkiem - przy tym przejeździe. Chyba miał szlaban zamykać żeby nikt życia nie stracił pod pociągiem bo i po co innego tam mógł stać - tylko po co mu wtedy karabin? Może byli tacy co szlabany kradli?
Wieczorami to ci tam przy przejeździe to chyba podsypiali i na ten czas na wszelki wypadek szlaban był opuszczony. Zydlewski jeździł tym swoim BMW także w nocy bo przecież wtedy też można i tak pewnego bardzo późnego dnia podjechał pod ten szlaban a tu ani nic nie jedzie ani nikt nie otwiera. Szlaban był taki raczej tymczasowy więc dodał gazu i omijając zaporę ruszył jak to mówią z kopyta - a BMW ma taki charakterystyczny niski dźwięk silnika, bu, bu, bu, bu - musiał ten hałas obudzić tego z karabinem bo wyszedł z budki i zaczął strzelać do Bogdana - z karabinu. A co? - jak chronić przed wpadnięciem pod pociąg to chronić.
Nie trafił co by wskazywało, że był chyba dobrze zawiany ale swój obowiązek spełniał!
Czy to możliwe? Z karabinem do ochrony przejazdu? W 53 widziałem wartowników z karabinami co pilnowali państwowych stawów rybnych tuż pod Garwolinem przy tej drodze do Rudy Talubskiej - i strzelali nie dla zabawy.

3. Fot. Jedyne zachowane zdjęcie tego BMW

W latach osiemdziesiątych sam widziałem na Białorusi wartowników z karabinami na mostach kolejowych, budki tam nawet mieli. To czego oni tam pilnowali, jeśli naród cały i bez wyjątku popierał linię partii? Tak myślę, że pochód pierwszomajowy to tylko kilka godzin a dni w roku 365. Może te 364 dni były mniej popierające niż władze oczekiwały?
SJS



Szła Maniana raz pijana
Ponoć poznawanie świata to proces ciągły chociaż nierównomiernie rozłożony w czasie. Jedni ludzie są mniej a drudzy bardziej ciekawi Świata. Jak mówi Mietek Karczmarczyk "ciekawość jest kosztowna" i to stwierdzenie ma wiele wymiarów bo koszty mogą być czysto materialne na przykład kosztują książki, kosztuje kształcenie ale i mogą być koszty inne. Czasami ceną jaka się płaci za poznawanie Świata jest utrata pewności że Świat jest bezpieczny a wszystko proste i oczywiste. Mechanizmem obronnym może być wtedy próba oswajania niebezpieczeństw lub udawanie, że samemu się jest niebezpiecznym - tak na wszelki wypadek gdyby ktoś coś złego planował.
Jak miałem te pięć - sześć lat zdarzało się, że do zapadnięcia nocy siedziałem u ojca w straży, tam jeszcze w Siedlcach. Nie było to daleko ale pojęcie blisko czy daleko ma zupełnie inny wymiar dla dziecka a inny dla dorosłego. Inny wymiar ma nawet ta sama odległość w dzień niż w nocy.
Któregoś razu zasiedziałem się jeszcze trochę dłużej w tej straży niż zwykle. Mama nie niepokoiła się bo przecież byłem u ojca. Musiało to być latem bo w pewnej chwili matka usłyszała, że ktoś na ulicy idzie i głośno śpiewa i to taką raczej pijacką piosenkę "Szła Maniana raz pijana, prowadził ją stróż, cała morda obży..... a w kieszeni nóż itd. itd." . Dziwny to był śpiew i jakoś tak niepodobny do śpiewów jakie czasami słyszała ta uliczka gdy ktoś pod dobrym humorkiem wracał do domu. Ten śpiew był taki piskliwy i zdecydowanie dziwny, i tak inny a jednocześnie nie wiadomo dlaczego znajomy, że matka wyszła na balkon i zdębiała - to jej własny synek, ten najmłodszy szedł środkiem ulicy i śpiewał, a co? Wejdzie kto takiemu śpiewakowi w nocy w drogę!
Czy to był tylko mój wynalazek - śpiewem odpędzać strachy? Nie sądzę.
Kto to jest Mietek?
Mietek jest starszy chyba o dwa lata ode mnie - różnił się w dzieciństwie tym od nas, że traktory były jego głównym zainteresowaniem. Czy jedynym?
Nie, ale jak tylko taki pyrkoczący Ursus wyjeżdżał na pole to Mietek go nie odstępował.
Kiedy to było?
Tak w połowie lat pięćdziesiątych - w Rębkowie wtedy mieszkałem.
Z tego majątku ziemskiego co to car zabrał za udział w powstaniu i przydzielił Surkowowi to po tej Drugiej Światowej zrobili Spółdzielnię Produkcyjną i tam ten pyrkoczący, jednocylindrowy, rozpalany kierownicą traktor przydzielili.
Ziemia którą zarządzała Spółdzielnia była urodzajna, wieś - ta część chłopska - miała gorsze ziemie. Na spółdzielczym to i buraki cukrowe mogły rosnąć i pszenica a na chłopskim to tak różnie, zależy gdzie. To że mogło rosnąć nie oznaczało, że rosło chociaż nawet chyba się starali. Traktor od rana do wieczora pyrkotał na polu to znaczy pyrkotał i wtedy gdy orał i wtedy gdy się zakopał i zakopywał się coraz bardziej. To wtedy nie tylko Mietek nie odstępował traktora.
Ziemia, pole ma to do siebie, że nie terminy ustalone przez brygadzistę są dla niej istotne tylko te cykle wytyczane co roku przez przyrodę. Jest termin odpowiedni dla orki, odpowiedni dla siewu, odpowiedni dla zbiorów. Jak mówi Pismo Święte "jest czas zbierania kamieni i jest czas rzucania kamieniami" - ci ze Spółdzielni chyba nie czytali Pisma Świętego dlatego te terminy różnych czynności wykonywanych w tym gospodarstwie rolnym to były raczej takie mało związane z rozsądkiem a już na pewno z doświadczeniem. Bo kto to wypuszcza na pole ciężki traktor jak pole rozmięknięte? Brygadzista. Ludzie przecież muszą pracować a traktor nie może stać bezczynnie. Że się zakopie - to pewne, ale stał nie będzie. I stał tak czasami na polu kilka dni - traktor nie brygadzista, bo go żadną siłą nie można było wyciągnąć - traktora nie brygadzistę- tylko zabierali kierownicę żeby nie ukradli albo nie rozpalili silnika.
Kierownica do rozpalania silnika?
Tak - kierownica była duża, obłożona drewnianą wykładziną i do rozpalenia silnika zakładało się ją z boku traktora na koło zamachowe i kręciło aż silnik zaskoczył, albo i nie.
Ci nowi "właściciele" majątku w Rębkowie to uważali go za swoją własność i nie było by w tym nic złego gdyby nie to, że mieli zupełnie inne niż ci co przed wojną dzierżawili od Kółek Rolniczych ten majątek poczucie własności. Tutaj więcej na ten temat ale przestrzegam - lektura jest ponura.
Wojna oszczędziła majątek i wszystkie zabudowania i te mieszkalne i te gospodarcze były w doskonałym stanie mimo, że sam budynek dworu już miał dużo ponad sto albo i dwieście lat. Obora to na chyba 80 sztuk bydła mogłaby i dziś być pokazywana w telewizji, chlew też - murowany był - można by pokazywać gdyby do dziś dotrwały ale nie dotrwały - nie ma nawet śladu po nich.

4. Fot. Stan majątku w roku 1928



Ile potrzeba było czasu aby to wszystko zniszczyć? No tak już w latach sześćdziesiątych to nie można było nawet domyślać się dawnej świetności majątku. Ale ile radości sprawiło zarządzanie tym gospodarstwem tym co budowali nowy ustrój, chyba byli właśnie z tego powodu ciągle pijani, a może mnie się tylko tak wydawało, bo to chyba nie jest możliwe żeby pracować i ciągle pić. Niektórzy to nawet medale podostawali. Ciekawe czy tam było napisane, że to za doprowadzenie do zniszczenia dawnej świetności tego majątku.
Jak taki medal może wyglądać?
Ile to więcej dają emerytury za taki medal?
Za takie zniszczenia?

5. Fot. Spis zabudowań do dziś zostały tylko dwa zabudowania dwór i jeden z budynków czworaków


SJS

Narzędzia z klepanego drutu
Oswajanie Świata jest to proces który zaczyna się już w dzieciństwie - bardzo pomocne w przyzwyczajaniu się do sytuacji świata dorosłych są zabawy i zabawki. Nic też dziwnego, że towarzyszą ludzkim dzieciom od kilkunastu tysięcy lat. Wystarczy patykiem na ziemi narysować zarys pomieszczeń i już można być właścicielem domu, można narysować granice które mogą być granicami państw, można te granice bronić lub rozszerzać a wszystko prawie bezpieczne.


6. Fot. Siedlce 1953, niedziela, rodzina na spacerze  - był czas na ciastka ale o tym później

Zabawę można przerwać jak się wydaje w dowolnym momencie, można ustalać zasady zabawy i zmieniać je jeśli komuś nie pasują a ma argumenty które przekonają innych uczestników zabawy.
Wygięty patyk może być pistoletem, odpowiedni wycięty pęd jaśminu doskonale udaje szpadę a tył od wozu drabiniastego jeśli włoży się w miejsce dyszla kawał rury jak nic staje się armatą.
Chyba tylko raz w dzieciństwie widziałem miejsce gdzie ilość i różnorodność zgromadzonych zabawek przekraczała moją wyobraźnię - nie było to ani w przedszkolu ani w sklepie z zabawkami - to było u tego kolegi co jako jedyny miał gumowce - tam w Siedlcach. W jego pokoju w mieszkaniu co było w domu na rogu naszej ulicy stały przeszklone szafy a w nich kolorowe, plastikowe modele- zabawki. Tramwaje - tam pierwszy raz widziałem jak powinien wyglądać tramwaj. Samochody strażackie, samochody osobowe - o jakie nieprawdopodobne kształty i kolory, samoloty, czołgi i tak ogromna ilość innych nieprawdopodobnych zabawek - modeli, że nie sposób je wymienić.
Bawiłem się tam nieśmiało jedną zabawką - oczywiście samochodem strażackim ale nie wiem czy więcej było radości czy niepokoju czy nie uszkodzę tej zabawki.
Mojemu ojcu udało się kupić dla mnie polską zabawkę - metalowy traktor, nakręcany z boku w tym miejscu w którym w prawdziwym traktorze nakładało się kierownicę do rozpalania silnika. Nawet traktorzysta siedział na siedzeniu ale niezbyt długo bo był słabo przymocowany i odpadł. Traktor nawet przejeżdżał sam ze dwa trzy metry po nakręceniu i koledzy z ulicy przychodzili go oglądać i pobawić się. Jednemu koledze nawet go pożyczyłem ale po oddaniu nie bardzo przypominał ten który "wyjeżdżał" ode mnie i chyba nie pożyczałem już nikomu swoich zabawek więcej.
Tych naprawdę ciekawych dla dzieci zabawek było tak mało, że jeśli ktoś miał coś ciekawego to nawet na drugi koniec miasta się chodziło, żeby popatrzeć chociaż. Po drugiej stronie torów, za stacją kolejową, za klatkami z psami co straż kolejowa je tam trzymała, mieszkał kolega brata co miał małą kolejkę. Nakręcany parowóz ciągnął wagonik dookoła po prawie prawdziwych szynach - i zwrotnica była ale tylko na ślepy tor ten pociąg można było skierować. Warto było taki kawał się przejść żeby popatrzeć.
Któregoś ciepłego i pogodnego dnia bawiłem się z bratem na podwórku. Brat miał mały młotek i z kawałków aluminiowego drutu wyklepywał na kamieniu najróżnorodniejsze narzędzia, a to szpadel, a to widły, a to dzidę, szablę, haczyk itd. oczywiście wszystko to były narzędzia dla krasnoludków i to tych małych krasnoludków. Zapamiętałem tą zabawę tak samo jak kolejkę mimo, że różniły się diametralnie. Tu na własne oczy zobaczyłem możliwości tworzenia czegoś prawie z niczego.
Po kilku latach już w Rębkowie widziałem zabawki wykonane z kory przez mojego ciotecznego brata Zenona. Były to małe, wręcz miniaturowe okręciki. Miały maszty i żagle i ustawiane stery a nawet wyrzucały że swoich pokładów strzały - tak, gumki napędzały strzały które wyglądały całkiem groźnie. Flota ta pływała po kałuży sprawnie pod warunkiem oczywiście, że kałuża po brzegach była obstawiona admirałami którzy nakierowywali ją w odpowiednie rejony walki.
SJS

Złote ręce
Wchodzenie w świat ukształtowany już dużo wcześniej przed naszym narodzeniem nie przebiega bez potknięć, błędów, zacięć, konfliktów, wątpliwości co do pewnych zwyczajów czy używanych określeń - jest to oczywiste. Oczywiste to jest dla mnie dziś jak mam pięćdziesiąt pięć lat - wtedy przed pięćdziesięcioma laty gdy poznawałem całym sobą środowisko w którym mi przyszło żyć moje wyobrażenie, moje wnioski jakie wyciągałem na podstawie tej bardzo wyrywkowej wiedzy bywały czasami śmieszne, czasami groźne - czasami zaskakujące.
Czy łatwo wytłumaczyć pięciolatkowi co oznacza określenie "złote ręce?" albo dlaczego Zakopane nie jest zakopane albo dlaczego tak ładnie przestrzennie wyglądający rysunek samolotu po wycięciu go z pisma nie chce latać mimo, że na rysunku leci? Jednym słowem przejście z rozumienia słów do rozumienia pojęć, mechanizmów działania, utartych a mylących określeń wymagało i czasu i cierpliwości i wyrozumiałości otoczenia. Bywało z tym różnie.
Słyszałem kilkakrotnie określenie, że ktoś ma "złote ręce" ale złoto kojarzyło mi się z czymś co błyszczy, coś co błyszczy kojarzyło mi się z czystością więc jeśli będę długo mył mydłem w wodzie swoje ręce to pewnie będą one złote? Tak to wymyśliłem i wystawiłem na balkon miskę z wodą. Ręce myłem i myłem a one ani nie zamierzały błyszczeć ani tym bardziej być złote. Coś z tym "złotymi rękoma" jest nie tak doszedłem do wniosku.
Do dziś nie widziałem "złotych rąk" natomiast zdarzało mi się spotkać ludzi którzy rzeczywiście mieli "złote ręce" chociaż chyba częściej można spotkać takich co to maja dwie lewe ręce, lepkie ręce, ręce co grabią do siebie, piasek w rękawach itd. Dobrze, że powiedzenie "głowa do pozłoty" usłyszałem o wiele później, wtedy gdy już wiedziałem jakie to ma znaczenie i dzięki temu nie myłem na tym balkonie głowy tylko ręce.
A dlaczego Zakopane to nie zakopane? Wśród filmów jakie miałem do projektora Pathe Babby był także film z Zakopanego a jakże - sam Sabała z gąślikami siedział jak żywy i nawet smyczek miał - jeszcze mu nie ukradli. Więc dlaczego Zakopane i co tam jest zakopane że to Zakopane? Ot dziecięce wątpliwości.
Dlaczego przed wojną dla dzieci były produkowane aparaty filmowe i dostępne były filmy do oglądania w domu a po wojnie u nas dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych pojawiły się takie możliwości? Prawie czterdzieści lat byliśmy "blisko małpy" - smutne. Dwa pokolenia się wychowały "cofnięte" w czasie, pokolenia którym zabrano możliwość swobodnego rozwoju. Może dlatego tylu ludzi wyrosło sięgających do kieliszka, może dlatego tylu zwłaszcza z tego wojennego pokolenia po prostu zmarnowało swoje szanse jakie dał im los wyposażając bogaciej w zdolności niż innych. Bo dlaczego Zenon który już w wieku czterech lat czytał sam książeczki dla dzieci jest dziś bardziej zagubiony w świecie niż inni, ci o wiele mniej zdolni od niego? Może dlatego, że ci ponadprzeciętnie zdolni dotkliwiej czuli nonsens Nowego Ustroju?

SJS

Kolorowe ciastka

W Siedlcach była w latach pięćdziesiątych taka cukiernia w której ciastka były wręcz bajecznie kolorowe. Podobne ciastka widziałem wiele lat później tylko w jednej cukierni - u Petryki, w Warszawie. Nie u Bliklego? Nie, właśnie u Petryki. Wszystkie kolory tęczy można było na tych ciastkach zobaczyć i to w najróżniejszych zestawieniach. Z samego widoku już ślinka ciekła.
W każdą pogodną niedzielę cała nasza rodzina wychodziła na spacer a to do parku gdzie można było sfotografować się z misiem, a to nad Karier żeby bazie zobaczyć i oczywiście jeśli rodzice byli w dobrym nastroju to zachodziliśmy do tej "kolorowej" cukierni. Można było wtedy wybrać jedno ciastko. Dobre sobie, różnych ciastek chyba setka do wyboru a ty masz wybrać jedno. Ja wybierałem takie najbardziej kolorowe na wierzchu i jak to jeść? To ten kolor chciałem zostawić na koniec i zacząłem jeść od spodu.
"Jaki łakomy" - usłyszałem.
Następnym razem znów wybrałem kolorowe ciastko i zacząłem jeść od góry- od tego koloru.
Usłyszałem - o jaki łakomy, zaczyna od kremu.
Chyba wtedy zakiełkowało we mnie przekonanie, że nie za bardzo warto przejmować się tym co inni mówią.
Po ponad czterdziestu latach szukałem tej cukierni w Siedlcach. Pamiętałem dokładnie gdzie była ale kolorowych ciastek nie mogłem kupić, już tam coś innego sprzedawano.
Ciekawe to "pamiętanie" - bo jak jechałem pierwszy raz po latach do Siedlec to w wydawało się, że w pamięci niewiele zostało. Pamięć jednak już na podstawie małych fragmentów szybko odbudowała bardzo dużo szczegółów że aż nieprawdopodobne. Już za Garwolinem - a jechałem do Siedlec od strony Garwolina - przejeżdżając przez Głosków przypomniałem sobie, że tam kiedyś wagoniki jeździły co glinę z wyrobiska do cegielni woziły. Nie było nawet śladów torów a jednak sobie przypomniałem. Pamiętałem że je traktor ciągnął.
Jedyny figiel jaki mi pamięć tam w Siedlcach sprawiła to zupełne zachwianie odległości i wielkości budynków ale to jest w pełni zrozumiałe. Przecież gdy wyprowadzaliśmy się stamtąd miałem sześć lat. Nagminnie musiałem się cofać jeśli chciałem trafić w znane mi z dzieciństwa miejsca. Wszystko było mniejsze niż pamiętałem.
Pamięć potrafi także wiele innych figli płatać. Sądzimy, że wiemy jakie są aktualne zasoby naszej pamięci i jest nieprawda. Po śmierci mojego brata Zbyszka uruchomiony prawdopodobnie przeżyciami włączył mi się nieustający film nad którym nie do końca panowałem. Film z różnymi scenami z przeszłości o których istnieniu w mojej pamięci nie miałem pojęcia. Prawie dwa miesiące trwał ten "film".
Nasza pamięć przechowuje o wiele więcej informacji niż to podejrzewamy.
SJS

Czy nie widziały Panie braciszka i siostrzyczki?
Pączki w latach pięćdziesiątych kosztowały dwa złote. Pensja ojca wynosiła chyba około 1000 zł czyli można było kupić dużo pączków ale całe szczęście, że to nie dzieci decydowały ile tych pączków można kupić. Któregoś dnia moja siostra i brat dostali kilka złotych na pączki. Podejrzewam, że dla mnie też mieli kupić bo z domu wyszliśmy w trójkę lecz po drodze do Hali pod którą sprzedawali takie ogromne lukrowane pączki rodzeństwo uznało, że będzie lepiej jeśli ja będę czekał na nich na rogu ulicy przy Banku.
Jak kazali tak i czekałem ale chyba im to jedzenie pączków musiało sporo czasu zająć bo zacząłem się niepokoić. Do domu wracać nie mogę bo powiedzieli, żebym czekał - zresztą jak tu wrócić do domu bez rodzeństwa? Może im się co złego stało? Co powiem rodzicom? Doszedłem do wniosku, że zapytam mądrych ludzi co robić. Mądrzy to pewni ci którzy dużo mówią - najwięcej gadają kobiety stojące w kolejkach więc przeszedłem przez ulicę bo tam był sklep mięsny i tam stała całkiem długa kolejka pań. To one na pewno będą wiedziały gdzie mam szukać Zbyszka i Wiesię.
Pytam więc:
"Czy nie widziały Panie braciszka i siostrzyczki?"
"A gdzie ty chłopczyku mieszkasz?" któraś zapytała a przecież miały mi pokazać gdzie ja mam szukać a nie gdzie mieszkam. Pytanie mnie zaniepokoiło ponieważ jeśli kiedykolwiek wcześniej ktoś je zadawał kończyło się to dla mnie źle - jak nic znów coś na mnie naskarżą.
"Ja wiem gdzie mieszkam ale ja się pytam czy nie widziały Panie braciszka i siostrzyczki?" odpowiedziałem jak mi się wydawało całkiem sensownie.
"To nam pokaż gdzie mieszkasz"
Oj, niedobrze - do tej pory to na skargę do rodziców na mnie to tak pojedynczo przychodzili a nie taki tłum - lanie jak nic murowane. Ruszył ten pochód ze mną na czele w kierunku naszego domu ale ja tak nie zamierzałem ich pod dom doprowadzić tylko zrobić jak Bogdan Zydlewski co te baty chłopom zabierał - za róg i chodu.
W tym samym czasie moje rodzeństwo nie znalazłszy mnie przy Banku biegiem poleciało do ojca do straży po ratunek.
I tak z jednej strony miasta szedł ojciec ze strażakami a z drugiej ja na czele pochodu kobiet co to zagubione dziecko znalazły - tak mówiły ale chyba nie o mnie bo ja przecież dobrze wiedziałem gdzie jestem i gdzie jest mój dom.
Wszyscy się cieszyli jak te pochody się spotkały - chyba tylko ja nie cieszyłem się bo nie bardzo rozumiałem skąd ten wybuch radości i podejrzewałem, że to jeszcze nie koniec przygody.
Jednego jestem pewien - pączka tego dnia nie jadłem na pewno!
SJS

Samochód straży na holzgas
Wielkim świętem w Siedleckiej straży był przydział nowego samochodu strażackiego. Ponieważ ten samochód był ze Starachowic to on nie miał wyboru i nazywał się STAR ileśtam. Przemysł się rozwijał. Trochę mnie tylko dziwiło dlaczego ten poniemiecki samochód co stał w garażu był i większy i lepiej wyposażony od tego nowego. Dlaczego on taki duży nie wyjeżdżał do pożaru tylko te mniejsze? Chyba nie było do niego części a na dodatek był przerobiony na holzgas więc stał w garażu i tyle. Może czekał na lepsze czasy? Ale kto miał ustalać co to są i kiedy będą te lepsze czasu? Do dziś nie wiem - może wtedy wiedziałem? Wątpię. Ten poniemiecki samochód to Magirus się chyba nazywał i była na nim drabina co to do siódmego piętra sięgała ale w Siedlcach domy to były co najwyżej czteropiętrowe to może dlatego ten samochód był niepotrzebny bo i po co taka duża drabina w Siedlcach? Ten samochód to chyba była zdobycz wojenna. Pewnie zgubił gdzieś po drodze mechaników co go umieli uruchomić.
Ten nowy samochód ze Starochowic to chyba był niedotarty bo żeby go zapalić trzeba było co raz to ciągnąć tym drugim starszym - czy go w końcu dotarto to nie wiem bo wyprowadziliśmy się do Rębkowa.
Dlaczego wyprowadziliśmy się jak ja nie chciałem się wyprowadzać tylko chciałem, żeby rodzice mi kluczyki na wstążeczce do mieszkania zostawili i ja sobie poradzę?
Ojciec był komendantem straży i nie pił. Nie znosił ani alkoholu ani pijaczków i już. To nie była pozytywna cecha w tamtych czasach i nawet nie zawaham się użyć określenia "niebezpieczna". Strażacy byli różni, mieli różne zainteresowania a niektórzy to interesowali się wódką. Nawet czasami na dyżur przychodzili "na gazie" i nie był to ten holzgas na którym miał jeździć ten samochód z drabiną.
Ojciec po kilku reprymendach jakich udzielił jednemu co to bardziej niż inni interesował się gazem zamiast po prostu pijaczka wyrzucić z pracy postawił go za karę przed wejściem do straży pod dzwonem którym ogłaszano alarm i wyjazd.
Pijaczek poczuł się urażony i poszedł do komitetu na skargę a tam trafił na bratnie pijące również jak on dusze. Ojca wezwali do tego komitetu i kazali złożyć samokrytykę za poniżenie człowieka. Ojciec odmówił i tak znalazł się bez pracy. Trzeba było opuścić to służbowe mieszkanie bo nowy tym razem już pijący komendant miał przyjechać. Nie było gdzie się podziać to wyprowadziliśmy się do Rębkowa do domu dziadków i tam chodziłem cztery lata do szkoły.
Pijaczka komendanta wyrzucono chyba po pół roku - pił ponoć lepiej niż ci w komitecie co wydawało się nieprawdopodobne, a jednak. Ojcu zaproponowano powrót do straży ale ujął się honorem i odmówił.
===================
Dziwny to był czas
oj dziwny i nie ciekawy. Zaledwie kilkaset metrów od naszego mieszkania w więzieniu wykonywano wyroki śmierci.
SJS

7.  Fot. Wiatrówka nie raz mi się przydała
z tyłu samochód strażacki co motopompę miał z przodu napędzana była silnikiem samochodu

Willisy w Karierze
Nie wiem czemu ale w czasach mojego dzieciństwa przedstawiciele ówczesnej władzy byli częściej pijani niż ci którzy tej władzy się bali. Tak przynajmniej zapisało się w mojej pamięci. Może "władza" bardziej się bała niż pozostali ludzie? Nie wiem. Władza miała władzę i broń i jeździła samochodami. Mieli jeden czarny samochód osobowy Citroen BL-11 i dwa willysy.
Któregoś dnia okazało się że oba willysy wjechały do Karieru i nie mogły wyjechać. Niektórzy to mówili, że władza jechała po pijanemu i one tam wpadły a nie wjechały i że kilku z tych jadących było rannych. No dobrze, rozumiem - jeden wpadł ale dwa? Może ten drugi miał surowo nakazane aby jechać za tym pierwszym? Źle by to rokowało Polsce. Taka władza!
Ja byłem w wieku w którym bardziej bałem się kalii co nos wysadzała niż władzy i jak jeden taki bardzo ważny do nas przyszedł to przygotowałem paczkę zapałek w taki sposób, że z jednej strony wystawały dwie zapałki a z drugiej jedna. Kazałem temu od władzy trzymać od tej strony gdzie były dwie zapałki a sam poruszałem tą jedną zapałką i pytam się:
"Czuje Pan, czuje?"
"Nie, nic nie czuję"
"Nie czuje Pan jak z Pana wariata robię?"
Rodzice byli przerażenie, ten od władzy nawet się chyba uśmiechnął a ja miałem swoją chwilę radości.
Czy oberwałem za to?
Nie - rodzice jeszcze wiele lat później opowiadali jak to nabrałem takiego jednego bardzo ważnego ale na wszelki wypadek to zapałek przy ludziach mi już nie dawali.
Czego to ja się wtedy bałem?
Kalii co to nos wystawia zza szafy. Starsze rodzeństwo mnie tak straszyło a kalia to był po prostu kwiat.
Czy ktoś bał się kwiatu?
Ja tak - w dzieciństwie.
Zapomniałbym - bardzo ciekawe były zapałki w tamtych czasach - na pudełko było pół Słońca i draska była tylko z jednej strony i ona zużywała się szybciej niż zapałki.
Czy to możliwe?
Tak, walały się pudełka z zapałkami ale bez draski. Dopiero później się dowiedziałem, że przed wojną to była taka bieda, że zapałki to dzielono na czworo i co?
Ano każda z tych ćwiartek zapalała się bez problemu ale o tym to dowiedziałem się jeszcze później.
W bardzo ciekawy sposób przedstawiano zalety  nowego ustroju oficerom.
"Jak już będzie komunizm to popatrz idziesz do kiosku a tu nie ma zapałek to ty wsiadasz w samolot i lecisz do Gdańska i tam kupujesz zapałki"
Czy to żart?
Nie autentyczna historia - żartem to był ten nowy ład wprowadzany u nas na siłę.
SJS


Przedszkole
Pewne miejsca na Świecie lubimy tak jak niektórych ludzi bardziej niż inne i nawet nie zawsze da się to racjonalnie wytłumaczyć. Nie tylko dorośli ale i dzieci mają przecież prawo do własnych upodobań. Może odwrotnie powinienem napisać: nie tylko dzieci co jest oczywiste ale także dorośli.... bo przecież to tak naprawdę dzieci są najbardziej wrażliwe i one wyczuwają o wiele więcej niż dorośli, nawet dzieci w wieku przedszkolnym a może nawet one szczególnie?
Przedszkole nie zostało wynalezione w czasach PRL-u ale PRL wymyślił szczególne przedszkola
śmierdzące, pełne kurzu i złośliwych dzieciaków.
Ponieważ w latach pięćdziesiątych wszyscy mieli pracować czy też chodzić do pracy moi rodzice doszli do wniosku, że mnie poślą do przedszkola a moja mama pójdzie do pracy - tak się to wtedy całkiem słusznie zresztą mówiło. Pierwszy raz to nawet do tego przedszkola zwabiony opowieściami o zabawkach jakie tam są nawet szedłem z ochota. Przedszkole było trochę daleko od nas bo jeszcze dalej za kościołem. Drogę do kościoła to ja znałem bo czasami z mamą tam chodziłem. W przedszkolu to same złe wrażenia od samego początku miałem, dlaczego tam tak brzydko pachnie, przecież nawet w tym wychodku co u nas na podwórku był to ja tylko wyjątkowo i krótko przebywałem jak mi się nie chciało iść do ubikacji na górę a tu mam być dłużej? O nie!


Fot.8 Siedlce 1952
żałoba, umarł dziadek w Słonimie  - to tylko 260 km ale za granicą, za granicą której nie można było przekroczyć!

Moja mama w drodze powrotnej zaszła do sklepu dlatego musiałem siedzieć na schodach do domu bo kluczy to takim maluchom raczej nie dawali. Ot, po prostu szybciej z tego przedszkola uciekłem niż trwał powrót mamy. Jeszcze kilka razy próbowali mnie tam prowadzać ale skutki były podobne - nie nadawałem się na przedszkolaka i już.
Jak znalazłem drogę do domu? Drogę do kościoła tego co za pieniądze lub darmochę z mamą chodziłem znałem a ten kawałek od przedszkola do kościoła po prostu zapamiętałem.
A co to takiego ta darmocha?
Któregoś dnia byłem w tym kościele z mamą poza godzinami mszy, umarł dziadek, ojciec matki ten który pozostał w Słonimie i matka poszła się pomodlić. Nie było mszy więc nie zbierali na tacę dlatego po zwiedzeniu kościoła podbiegłem do matki i zapytałem:
"Dziś siedzimy tu za pieniądze czy za darmochę?"
Który to był rok? 1953 - wielu, bardzo wielu Polaków zostało po tamtej stronie granicy. Grób dziadka to ja odwiedziłem dopiero w latach osiemdziesiątych tamtego wieku.
Już jako całkiem dorosły człowiek opowiadałem tę historię moim znajomym i okazało się, że nie byłem odosobniony w tych ucieczkach. Krzyś jako mały chłopiec uciekał od kuzynów mieszkających na wsi - bo kurze gówna były na podwórku - z pod Krakowa do Garwolina wędrował i doszedł.
Paulina sama tramwajem wróciła do domu, jeszcze i młodszą siostrę ze sobą wzięła - nie cierpiała przedszkola
SJS

Krasnoludki piloci
Przygotowania do świąt są same w sobie świętem - chyba że przyjedzie nie za bardzo lubiana ciotka. Ciotka nie miała swoich dzieci i zdecydowanie nie znosiła cudzych dzieci a mnie jak sadzę szczególnie. Dlaczego? Nie wiem - przecież nie dlatego, że biegałem i śpiewałem "ciotka ma cyce jak donice" bo ten śpiew nie trwał długo przerwany celnym machnięciem mokrej ściery gdy nieopacznie podskakiwałem obok niej - ściery nie ciotki. Nawet moje układanie wierszy musiałem przerwać na prawie lat trzydzieści bo ciotka usłyszała moje rymowanki "śrubka, hubka, dupka" i natychmiast naskarżyła mojej mamie i obie panie uznały moją twórczość za zdecydowanie chybioną i potępienia godną co też skutecznie zrobiły.
Musiałem więc zmienić rodzaj zajęcia czyli zabawy i wyciągnąłem drewniany samolot, taki mniejszy ode mnie, akuratny aby z nim biegać po pokojach - o przepraszam - latać po pokojach. Samolot miał miejsce na pilota, miś mój tam się nie mieścił ale zobaczyłem przygotowane bombki na choinkę a wśród nich rządek bombek w kształcie krasnoludków.
Mam więc pilota - można latać ale pilot jakoś tak źle siedział w samolocie i na pierwszym wirażu wyleciał i nie było pilota tylko trochę szkła na podłodze. Posadziłem więc pilota następnego, już wiedziałem, że trzeba jednocześnie trzymać i samolot i pilota i fruuu. Chyba ze dwie minuty latał. Poznał więcej niż ten pierwszy bo i w kuchni był i w dwóch pokojach i to mu chyba wystarczyło gdyż mimo że go trzymałem wyleciał z samolotu i na podłodze leżała następna kupka szkła.
Uparty byłem w tym lataniu i w niecałe piętnaście „przelotów” wszystkie krasnoludki zostały wylatane, doszczętnie.
Choinka tego roku miała mniej bombek - nie było na niej krasnoludków.
Dziś mam już ponad 50 lat a każdego roku jak widzę ubraną choinkę to przypominają mi się krasnoludki co nie dotrwały Święta.
SJS

Sen - dziura w murze więzienia i to samo miejsce po latach

W Siedlcach w samym środku miasta było i jest więzienie. Wysoki mur, wieżyczki na jego rogach, solidna brama i więźniowie co na początku lat pięćdziesiątych byli wykorzystywani do sprzątania miasta. Basen co był za Technikum na naszej ulicy na wiosnę też oni sprzątali.
Już w dzieciństwie miałem powtarzające się sny zresztą niektóre sny tak bardzo wyróżniają się od innych, że bez powtórzeń pamiętam je całymi latami. Ten sen o którym chce opowiedzieć powtarzał się a miałem wtedy na pewno nie więcej niż sześć lat bo to było jeszcze w Siedlcach a do szkoły w Rębkowie to poszedłem jak miałem właśnie sześć lat. Śniło mi się, że jestem więźniem i siedzę w tym właśnie siedleckim więzieniu. Inni więźniowie zrobili dziurę w murze i można było wyjść przez nią na wolność. Sen był tak dokładny, że nawet wiedziałem w którym miejscu więzienia była ta dziura. Trzeba było szybko decydować się na ucieczkę a ja się bałem bo sądziłem że to tylko pułapka i jak będę chciał wyjść to tam na zewnątrz już na mnie czekają i zastrzelą.
Sen pięcio- sześcioletniego dziecka?
Jakie czasy takie i sny. Budziłem się zawsze przed podjęciem decyzji czy mam przez tą dziurę przejść.
Minęło czterdzieści lat. Mam zgłoszenie aby jechać do Siedlec - jadę, adres mam, gdzieś w centrum jak powiedzieli. Pytam o ulicę a to tu przy więzieniu - idę i przypomina mi się ten sen z dzieciństwa i czym bliżej jestem tym bardziej jestem pewny, że to jest dokładnie to miejsce że snu tylko na zewnątrz muru. Stoję tyłem do muru więzienia w tym miejscu ze snu i widzę, że mam wejść wąskim, długim przejściem do domu. Dzień biały, ja mam 45 lat i boję się tam wejść, po prostu boję się i już.
Wszedłem, idę i boję się ale nic złego się nie stało.
SJS

Stoczek Łukowski
Dziś już niewielu pamięta jak wyglądały autobusy PKS-u które starały się utrzymać komunikację w latach pięćdziesiątych. Przód tych autobusów przypominał dzisiejsze ciężarówki używane do ciągnięcia naczep. Silnik wysunięty był do przodu i na błotnikach przyczepione były takie śmieszne wystające pręty zakończone lizakami które miały ułatwiać kierowcy ocenę szerokości możliwego przejazdu przez zwężenia. Czy pomagały to ja nie wiem ale na pewno trzęsły się i wtedy gdy autobus jechał i wtedy gdy stał.
Takim autobusem jechałem z matką jako dzieciak z Siedlec do Garwolina. Autobusy jeździły w tamtych czasach rzadko więc najczęściej były wypełnione do granic możliwości. W Stoczku Łukowskim - tym z piosenki "grzmią pod Stoczkiem armaty..." przebudowywano przejazd przez tory. Dokładnie to budowano wiadukt i zmontowano tymczasowy przejazd dołem po torach.
Kierowca autobusu znał dokładnie możliwości pojazdu którym mu przyszło kierować więc przed przejazdem kazał wszystkim wysiąść i przejść na piechotę na drugą stronę torów - nam też. Pusty autobus przejechał po przejeździe, wspiął się na szosę i zatrzymał. Wszyscy rzucili się do autobusu i wszyscy wsiedli. No może nie wszyscy bo dla mnie i dla mojej matki miejsca już nie było, drzwi się nawet nie bardzo chciały domknąć. Kierowca się zezłościł, kazał wszystkim wysiąść i najpierw kobieta z dzieckiem czyli my mieliśmy wsiąść. Zadowoleni ci pasażerowie to nie byli dlatego pewnie matka siadła ze mną przy samym kierowcy. Autobus jak się okazało po takim przewietrzeniu wnętrza mógł pomieścić wszystkich pasażerów i ruszyliśmy.
Kierowca opowiedział historie jaka mu się przydarzyła. Jechał nie tak dawno na tej samej trasie i między przystankami zatrzymywała autobus kobieta z małym dzieckiem - nie zatrzymał się, nawet nie zwolnił ale nie przejechał nawet 200 metrów jak mu dętka w kole wysiadła. Chciał nie chciał zatrzymał się, dobiegła uradowana ta kobieta dziękując, że się zatrzymał bo ona z tym dzieckiem to musi natychmiast dostać się do szpitala bo coś mu się w oko wbiło a następny autobus to będzie za wiele godzin.
Wymiana koła nie trwała długo i kobieta dzięki przypadkowi dojechała w porę do szpitala. Od tamtego wydarzenia kierowca ten był szczególnie uczulony na kobiety podróżujące z dzieckiem.
Przypadek to jest wtedy gdy Pan Bóg chce być incognito.
SJS

Wieża spadochronowa
O Stalinie to u nas w domu w czasach mojego dzieciństwa raczej się nie mówiło chociaż był obecny wszędzie. To on przecież Świętego Mikołaja dzieciom zamienił na Dziadka Mroza. To jego pomysły spowodowały, że nie można było pojechać do naszego dziadka Czyża do Słonima bo to było już inne państwo ani ciocia i wujek co mieszkali w Londynie nie mogli do Polski przyjechać przez następne trzydzieści lat. Znałem ich więc tylko ze zdjęć. Dziadka nigdy nie zobaczyłem bo umarł po tamtej stronie "nieprzekraczalnej" granicy w 1952 roku - a do Słonima to z Siedlec było tylko około 260 kilometrów. Brata ciotecznego, mojego rówieśnika - tego co urodził się w Londynie to dopiero dwa lata temu zobaczyłem - przyjechał po raz pierwszy do Polski. Piękną polszczyzną mówi a był w Polsce pierwszy raz.
Jak Stalin umarł to nawet w Siedlcach oddano salut armatni - chyba dlatego żeby wszyscy wiedzieli co jeszcze nie wiedzieli. Chyba jednak wszyscy wiedzieli tylko cieszyć się nie można było głośno a tyle planów ten człowiek miał. Europę chciał wyzwalać i chyba dlatego szkolono młodzież aby byli skoczkami spadochronowymi.
Na tej naszej ulicy zaraz za Technikum, naprzeciw młyna który później był przebudowany na fabrykę zabawek był basen. Odkryty, duży i ogrodzony. Któregoś dnia przywieziono jakieś dziwne rusztowania nie rusztowania i złożono je przy ogrodzeniu basenu - to miała być wieża spadochronowa.
I to była wieża spadochronowa, metalowa wieża z takim ramieniem na jej szczycie do którego przymocowana była linka i czasza spadochronu. Dzieciaki ze szkoły co to była na ulicy Szkolnej przy kierkucie  musiały w ramach zajęć lekcyjnych skakać z tej wieży.
Ta czasza spadochronu to była taka nieduża i to nie ona spowalniała spadanie przywiązanych na takich specjalnych szelkach wystraszonych dzieciaków tylko specjalny mechanizm który hamował linę. Dzieciaki były w różnym wieku i jedne ważyły dużo więcej niż inne. To ten mechanizm od spadania powinien regulować odpowiednio do wagi. Czy o tym wiedzieli instruktorzy od tych skoków? Może i wiedzieli ale tak na początku coraz to ktoś spadł zbyt szybko albo dyndał na sznurze i nie mógł ani spaść ani wrócić na galeryjkę z której go wyrzucono. Chyba automat regulujący szybkość opadania nie zawsze dobrze działał.
Dobrze, że tylko na ćwiczeniach się skończyło i nie wyzwalaliśmy Europy tylko Europa nas.
Po wielu latach pojechałem do Siedlec. Poszedłem na tą "naszą" ulicę, wszedłem na "nasze" podwórko - ktoś zapytał: "Pan do kogo?"
"Ja tu jako dziecko mieszkałem"
"A jak nazwisko?"
Przedstawiłem się i usłyszałem:
"Tu nikt taki nie mieszkał"
Poszedłem w kierunku basenu. Dokładnie w tym samym miejscu co przed laty leżała konstrukcja wieży spadochronowej - tym razem miała pojechać na złom. I drzewa - topole- co były młode jak tam mieszkaliśmy już były ścięte. Tylko bardzo grube pieńki po topolach pozostały - i moja pamięć o nich.
SJS
9. Dom w Siedlcach ulica 10 lutego na tym balkonie myłem ręce aby były złote

Dziś nie ma balkonu, jest nadbudowane piętro


Żużel - wyścigi motocyklowe
W Siedlcach był stadion. Nie był to taki zwyczajny stadion tylko taki co miał po zewnętrznej stronie bieżni co to była dookoła boiska bandę. Co to jest banda? Banda to jest taki szczelny drewniany płot. Wysoki? Nie - tylko trochę wyższy od sześciolatka co to nie lubił chodzić na mecze piłki nożnej które na tym stadionie były rozgrywane. To po co taki płot? A bo między płotem a boiskiem był wysypany żużel i po tym żużlu jeździły i ścigały się motocykle. Takie specjalne motocykle co to miały maleńkie baki na benzynę, tylne koła szersze nić przednie i na nich to siedzieli umorusani w specjalnych okularach zawodnicy z numerami na piersiach.
Przecież teraz nie ma w Siedlcach stadionu z żużlem i bandą? Może i nie ma ale wtedy w latach pięćdziesiątych był.
To po co była ta banda?
Wtedy w tamtych czasach to ja sądziłem, że po to aby motocykliści się o nią rozbijali. 

Jak to rozbijali?
A tak - byłem w cyrku, byłem i tam wywracali się dla śmiechu?
Wywracali - to ci żużlowcy jak się wywracali to chyba też dla śmiechu? Nie? Wtedy myślałem, że tak.
Kiedyś wzięli mnie na mecz piłki nożnej na ten stadion - nudziłem się strasznie. Po co oni tak biegają za tą piłką jak mogli z jednego końca boiska piłkę na drugi jednym kopniakiem przerzucić - to po co biegać. Ta niechęć do piłki nożnej jakoś tak na trwałe we mnie pozostała - nie byłem na żadnym meczu do dziś.
Lubiłem chodzić przez pewien czas na wyścigi żużlowe. Jadą, wywracają się - to rozumiem, a ile hałasu przy tym. Dopiero jak któryś się tak wywrócił, że pogotowie go zabrało zrozumiałem, że chyba oni nie wywracali się dla śmiechu i chyba mniej mi się to całe widowisko podobało.
W ciepłe letnie dni basen był miejscem spotkań i atrakcji. Żeby wejść na basen to trzeba było bilet wykupić w drewnianej budce co była przy wejściu ale za budką była dziura w płocie i my, dzieciaki tamtędy wchodziliśmy i wychodziliśmy. A to nie można było wyjść normalnie? Można ale przecież to nie taka sama atrakcja.
W niedzielę to czekaliśmy jak będzie się topiła jedna pani. Jak to topiła "jedna pani"? A tak - co niedzielę ta sama kobieta się topiła, ratował ją ojciec mojego kolegi, robił jej sztuczne oddychanie i do następnej niedzieli. Ta pani to nie była ani żoną ani mamą tego mojego kolegi.
Dlaczego ona się topiła i dlaczego jak było tylu mężczyzn na tym basenie to właśnie musiał ja ten jeden ratować? Może tak się umówili? W każdym bądź razie my, małolaty mieliśmy swoje przedstawienie - taki cyrk tylko że znaliśmy tych co w nim występowali.
To w tamtych latach polowano na bikiniarzy?
Tak.
A co ty było ci bikiniarze?
Tak dokładnie to chyba chodziło o młodych ludzi co to ubierali się inaczej. Bikiniarz nosił kolorowe skarpetki, skarpetki były w paski i żeby je było widać to spodnie, takie rurki musiały być trochę przykrótkie. Do tego marynarka poszerzająca w barach - specjalnie watowane chyba były na ramionach i fryzura inna niż oficjalna.
Jak to fryzura mogła być oficjalna i nie oficjalna? Oficjalna to było zaczesywanie włosów do tyłu. To tak jak czesał się Stalin? Tak - i to była oficjalna fryzura, bezpieczna ale bolesna. Jak to bolesna? Bo jak włosy które do tej pory były czesane na przeborek zostały zaczesywane do tyłu to głowa na początku bolała zanim włosy się przyzwyczaiły do tej nowej mody. U nas nowej bo w ZSRR już ta oficjalna fryzura wcześniej obowiązywała ale my, dzieci tego nie wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy z radia, z gazet, że bikiniarze mają być śmieszni i są podejrzani bo nie wiadomo co też po tymi ich nieoficjalnymi fryzurami może im przychodzić do głowy a władza w tamtych czasach wolała wiedzieć co kto myśli. I wiedziała? Różnie to było, ale chyba niektórzy ludzie to tej władzy pomagali żeby wiedziała! I co? Ano, ojciec miał coraz to kłopoty z tą władzą.
A to ojciec coś złego robił?
Nie.
To dlaczego miał kłopoty?
Bo to władza źle robiła a trzeba było mówić, że robi dobrze.
Czyli ci co kłamali to nie mieli kłopotów? Jak kłamali zgodnie z linia partii to nawet awansowali.
Dziwna ta władza. Oj, tak dziwna i nie nasza.              SJS

Pierwszy maja, wyścigi na rowerach
Przez wiele lat opowiadałem, że na pochodzie pierwszomajowym to ja byłem tylko raz w 1957 roku - to było po wydarzeniach poznańskich i wielu, mój ojciec też, wierzyło wtedy że czasu znormalnieją. Czarne będzie czarne a czerwonym nie będą straszyć. Krótko bo krótko ale kilka miesięcy złudzeń też ma swoją wartość.
Nie całkiem prawdę o tym jedynym razie na pochodzie mówiłem bo w 1953 roku to ja też chyba w pochodzie brałem udział ale ja tego nie wiedziałem. A było to tak - miałem już rowerek i jeszcze trochę dzieciaków też miało w mieście rowery i rowerki. Wymyślono więc wyścig rowerowy, kto żyw miał się stawić z odświętnie ubranym rowerem na starcie. Pomysł był doskonały, realizacja jeszcze lepsza bo tych z małymi rowerkami, średnimi rowerami i normalnymi rowerami ustawiono razem. No może niezupełnie razem bo na początku - chyba po to aby dać fory - ustawiono tych najmniejszych a na końcu największych.
Może w tym zgromadzeniu byli tacy którzy wiedzieli dokąd trzeba jechać i po co. Ja wiedziałem tylko, że mam jechać najszybciej jak mogę na tym swoim rowerku z ostrym trybem.
Huknęło - zamieszanie i wszyscy ruszyli to ja też. Nawet nie poprzewracali się na początku bo najpierw to ta kawalkada ruszyła wolno - wolno dla tych z dużymi rowerami bo my na początku to z całych sił pedałowaliśmy i dość szybko ci na początku czyli my na małych rowerkach byliśmy końcówką peletonu - wszyscy nas wyprzedzili. Jechałem, jechałem aż się zmęczyłem więc doszedłem do wniosku, że już chyba dojechałem do mety i pojechałem do domu.
W domu pytają i co wygrałeś wyścig?
Oczywiście, przecież się zmęczyłem czyli dojechałem tam gdzie miałem dojechać.
Co to był ten ostry tryb?
Wtedy rowerki produkowano takie, że jeśli się kręciło tylne koło to i pedały się też kręciły. Czyli po rozpędzeniu rowerka nogi trzeba było trzymać szeroko aby nie hamować jazdy.
Kto dziś wie o takich wynalazkach?
A tamte czasy były takie, że przerzutkę do roweru brata to ciotka z Anglii przysłała. Może dlatego ojca czepiali się w komitecie?
Nie wiem.
SJS

Choroba Matki
Nie trzeba być dorosłym żeby wiedzieć, że jeśli matka choruje to jest źle a nawet bardzo źle. Moja Matka zachorowała ciężko jak miałem pięć lat. Było tak źle że trzeba było penicylinę sprowadzać.
Penicylinę sprowadzać?
To nie było jej w aptekach?
Nie tylko nie było w aptekach ale nie było jej w Siedlcach i jak ojciec zdobył lekarstwo to ja nie wiem i już chyba się nie dowiem bo nie ma kogo zapytać. Niemniej penicylina była w porę i pomogła chociaż na efekty trzeba było trochę czekać.
Dom zaczął powoli normalnieć i któregoś dnia matka wstała i ubrała się w palto. Wcale nie chciała nigdzie wychodzić - ot po prostu chciała przejrzeć się w lustrze jak to czasami czynią kobiety i nie ma co szukać w tym logiki. Zobaczyłem to i ucieszyłem się tak jak małe dziecko może swoim małym rozumkiem się cieszyć ale mama chciała zdjąć płaszcz a ja w ryk i płaszcza zdjąć nie dawałem. Dlaczego? Bo przecież nikt w płaszczu nie umiera a więc niech mama będzie w płaszczu.
Skąd takie pomysły?
Ja już widziałem kilku nieżywych ludzi i żaden nie był w płaszczu. W płaszczy się nie umiera i już.
Czy myśmy jako dzieci chorowali?
Pewnie tak ale ze wszystkich moich chorób to pamiętam dwie. Obie w Rębkowie.
Ojciec jak wyjeżdżał w kolejną delegację obiecał mi, że kupi łuk. Taki prawdziwy łuk, lakierowany, kolorowy i z prawdziwymi strzałami. Czekałem na ten łuk jak niektórzy czekają na cud i się nie doczekałem. Ojciec wrócił bez łuku a przecież obiecał. Pochorowałem się tak, że leżałem w łóżku! Nie na darmo starożytna medycyna chińska mówi, że choroby to przychodzą z naszych przeżyć. Jak by nie dosyć tego było to jeszcze na łąkach wylądował szybowiec a ja nie mogłem go zobaczyć.
Ojciec kupił mi łuk i wyzdrowiałem ale szybowca już nie było.
Po wielu latach jakie upłynęły od tamtego czasu zachorowała Marta, moja córka. Miała wysoką gorączkę i miała dostać kanarka a nie dostała. Więc mimo mrozu pojechałem na Krakowskie Przedmieście kupić kanarka. Kupiłem i Marta wyzdrowiała, prawie natychmiast i wysoka gorączka spadła!
Przecież to bez sensu!
Może i nie widać powiązania ale radzę tak na wszelki wypadek pamiętać o tego typu kuracji.
SJS

Samolot na gumkę
Czy samolot na gumkę może latać?
Taki co jest wystrzeliwany jak z procy?
Nie, nie taki - taki co ma "silnik" z gumki. Teraz gdy dostępne są silniczki modelarskie i na specjalne paliwo i na sprężony dwutlenek węgla to już chyba nikt nie pamięta modeli samolotów które latały - naprawdę latały napędzane energią zgromadzoną w mocno nakręconej gumie modelarskiej.
Samolot oczywiście musiał być lekki, bardzo lekki. Koła nawet miał wycięte z takiej cienkiej dykty modelarskiej i zamocowane były na cienkim wygiętym odpowiednio drucie. Przez cały kadłub przeciągnięta była guma modelarska z jednego końca zamocowana na stałe a z drugiego do śmigła.
Jak się nakręciło śmigłem gumę to 3-7 sekund śmigło się rozkręcało. Nie mogło się rozkręcać zbyt szybko ani zbyt wolno dlatego pod samo śmigło podkładało się chyba kawałek mydełka i guzik czy coś innego co miało spowalniać rozkręcanie gumy.
Samolot startował z ręki i wtedy nawet około 30-40 metrów leciał albo z betonu i wtedy podrywał się tylko do góry na kilkadziesiąt centymetrów i z powrotem siadał na ziemię. Takie samoloty robiły dzieci w modelarni do której i mój brat tam w Siedlcach chodził. Taki samolot nawet jeśli jest ostrożnie obsługiwany ma żywot niezbyt długi. Tylko trochę dłuższy niż motyl co się nie w porę rozbudzi.
Na Wszystkich Świętych jest najczęściej chłodno a często i dżdżysto. Nie lubię chodzić na cmentarze - chodzę gdy muszę na groby bliskich właśnie pierwszego listopada.
Kilka lat temu w Dniu Zmarłych nie padało i nawet trochę słońce przebijało się przez chmury. Szedłem przez cmentarz i w pewnym momencie zatrzymał mnie niezwykły widok.


10. Fot. Komunia brata, Siedlce - widoczne okno kuchni domu w którym mieszkaliśmy i brama gdzie raz stał  pijak
Promienie słońca oświetlały płytę nagrobną a na środku tej płyty siedział wachlując skrzydłami motyl. Całkiem samotny, nierealny w tym miejscu o takiej porze roku - motyl. Nie było nigdzie więcej motyli i to był jedyny motyl. Nie wiedział, że jest samotny, że to nie jego czas, że nie spotka innego motyla i że nie przeżyje nawet jednej nocy ale nie wiedział o tym i się cieszył, ogrzewał na słońcu skrzydła.
Dziś byłem na spacerze w lesie - zimno do tej pory było i tak naprawdę to był pierwszy wiosenny dzień i latały motyle - cytrynki.
24 marzec 2003
SJS

Żołnierz - jeszcze ci się odechce
Który z dzieciaków nie zazdrościł żołnierzom? I munduru, i tego maszerowania, i broni. Chyba nawet większości dziewczynek też to imponowało nie tylko chłopcom. Może tylko powody tego "podobania" były dla nas inne niż dla dziewczynek.
Gdzieś tam głęboko w nas jest zakodowane - chłopcy bawią się w wojsko a dziewczynki lalkami - czy zawsze? Nie, w większości. W tamtych czasach jeszcze nikt nie spostrzegł, że istnieje coś takiego jak płeć mózgu, jeszcze nie padło stwierdzenie, że kobiety to Wenusjanki a mężczyźni to jak nic z Marsa. Tyle lat trzeba było, żeby takie proste rzeczy stwierdzić? Koło to też prosty wynalazek a ile to lat ludzkości zajęło wynalezienie go?
Ja należałem do tych dzieciaków co w wojsku widzieli przede wszystkim broń - i tak już zostało do dziś. Gdzieś tam miałem zakodowane, że to nie mundur daje przewagę nad innymi tylko właśnie broń. Chodziłem więc za żołnierzami i przyglądałem się broni, nie żołnierzom. Chciałem chociaż broń dotknąć ale nie pozwalali - uparty byłem i w końcu zorientowałem się - oni jak jest dużo ludzi to nie dają dotknąć tej broni. Więc jak przy Technikum spotkałem takiego pojedynczego żołnierza i ludzi nie było to podszedłem i koniecznie chciałem broń zobaczyć. Pozwolił, miał pistolet maszynowy PPSza, z takim dużym bębnowym magazynkiem. Czarna wchodząca w fiolet oksyda, zapach oleju - tyle radości, można podotykać, obejrzeć z każdej strony. Żołnierz patrzył na mój zachwyt, zauroczenie i powiedział:
"Jeszcze ci się odechce wojska"
Nie wiedział, że mnie interesowała broń w całkowitym oderwaniu od wojska. Broń to był mechanizm, sprawny, groźny mechanizm który nie wiadomo skąd się brał bo przecież nie sprzedawano w sklepach a dawał przewagę i poczucie bezpieczeństwa.
Wyrosłem w przekonaniu, że posiadanie broni jest nie tylko prawem ale wręcz pewnego rodzaju obowiązkiem - mężczyzna musi się umieć posługiwać bronią i już - nad tym się nie dyskutuje.
W wiele lat później gdy nowej władzy udało się wychować pokolenie które dostępu do broni nie miało - znajoma, całkiem w innych sprawach rozsądna kobieta koniecznie chciała wychować swojego synka na pacyfistę. Więc żadnych zabawek militarnych mu nie kupowała i znajomi mieli surowy zakaz kupowania jako prezent tego typu zabawki.
Któregoś dnia gdy szedłem do tej znajomej zobaczyłem jej synka jak na podwórku, poza zasięgiem matczynego wzroku bawił się wykrzywionym patykiem. Podszedłem bliżej i usłyszałem jak sam do siebie mówił: pistolet, pistolet i trzymał ten patyk tak jak pistolet.
SJS

Biedny w bramie i moje oszczędności
Dziś nikogo specjalnie nie dziwi żebrzący czy zjadający po kryjomu w zakamarku sklepu schowany taki mało zaradny czy też bardzo zaradny. W tamtych latach zaraz po wojnie po prostu pędzano żebraków, zamykano w areszcie a czasami po prostu po cichu gdzieś w śmietniku przyłożono pałą. Tylko czasami pod kościołem w niedzielę ktoś rękę wyciągał.
Moje zbieranie pieniążków do skarbonki to było zbieranie groszy. Dziesięć, dwadzieścia groszy i tak do skarbonki. Grosiki zbierałem chyba na ciastka ale już nie pamiętam. Uzbierałem już chyba ze trzy złote i jeszcze trochę czyli prawie na dwa ciastka gdy w bramie naszego domu pojawił się starszy, zaniedbany pan. Jak mi się zdawało to był głodny i potrzebował pieniędzy. Wziąłem trochę groszaków i zaniosłem mu ale szkoda mi się go zrobiło i zaniosłem wszystko co zebrałem. Nawet chyba zadowolony byłem a może nawet dumny trochę - niestety przyszedł z pracy ojciec i powiedział:
"Znów ten pijak przyszedł żebrać na wódkę, teraz u nas w bramie pije"
Oj, to chyba niepotrzebnie dałem mu swoje oszczędności - nawet na pewno niepotrzebnie. I tak zostałem "zaszczepiony" i uodporniony na żebraków, pijaków i temu podobnych wydrwigroszy.
Dziś gdy ktoś prosi o pieniądze - pytam:
"Jedzenie chcesz?" - jeśli tak to kupuję bułkę lub coś innego. Pieniędzy nigdy już nie dam. Nawet na tych co dają potrafię nakrzyczeć.
"Dlaczego Pan się złości, przecież to ja daję a nie Pan?" - odpyskują.
"Tak, ale gdyby Pan i Panu podobni by nie dawali to nie musiałbym jak tu na dworcu stoję półgodziny piątego pijaczka odpędzać"
Trudny wybór, przecież jako ludzie karmimy i dokarmiamy dzikie zwierzęta, ptaki - więc dlaczego odmawiać innym ludziom w potrzebie?
W potrzebie to trzeba pomóc ale frajerskie utrzymywanie pijaczków, narkomanów po przez tolerowanie ich nachalności uważam za coś więcej niż błąd - uważam za pracowite a bezmyślne uruchamianie bomby z opóźnionym zapłonem.
SJS


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego