Radiestezja - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Radiestezja

Twórczość > Publikacje

Spis publikacji:

  • książka  Siudalski S. "Radiestezja w budownictwie"

  • książka Heidrich Z. Siudalski S. "Woda na działce i w domu" Murator 1990

  • Siudalski S "Nauka różdżkarstwa" (lekcje 1-4) Murator 1984

  • Siudalski S "Opinia radiestety" Murator 1987

  • Siudalski S "Radiesteta: czy można zneutralizować strefę geopatyczną" Murator 1987,

  • Siudalski S. "Jak znaleźć wodę na działce" Działkowiec 1991,

  • Siudalski S. "Studnia ...rrraz!" Murator 1992,

  • Siudalski S. "Rośliny wskazują wodę" Murator 1985

  • Siudalski S. "Radiestezyjne zabezpieczanie budynków" Murator 1995,

  • Siudalski S. "Gdzie wykopać studnię" Dom Letni 1995

  • Siudalski S. "Zakłócenia radiestezyjne" Dom Letni 1995,

  • Siudalski S. jak szukac wody      Murator 3/2005

  • Siudalski S.  Fiedro Czuj " Kołodiec bez oszibok" Murator wersja ukraińska  2/2011 str. 92 - 97

  • Siudalski S. Fiedro Czuj "Kołodiec bez oszibok cz 2" Murator wersja ukraińska  3/2011 str. 104 -109

  • strona internetowa o radiestezji

Radiestezja
Początki bywają trudne

Moje pierwsze spotkanie z różdżkarzami raczej niczym nie zapowiadało abym kiedykolwiek zajął się radiestezją. Zajął się? Nawet o akceptacji różdżkarstwa nie mogło być mowy. To co ci ludzie opowiadali o możliwościach jakie daje różdżka i wahadełko przekraczało zdecydowanie to co mogłem zaakceptować.
Jak się zaczęło?
Jakieś trzydzieści pięć lat temu /pisane w 2004 roku/ przez przypadek byłem w mieszkaniu Pani Kamińskiej gdzieś w okolicach ulicy Filtrowej w Warszawie akurat w tym samym czasie gdy miała tam spotkanie grupa wyraźnie uradowanych ludzi. Tam się dowiedziałem, że to różdżkarze a cieszą się bo właśnie zostali zarejestrowani jako „Koło różdżkarzy”.
W tamtych czasach to wszystko trzeba było rejestrować ale była pewna ciekawa furtka
jeśli w przeciągu trzydziestu dni /chyba dobrze pamiętam/ Urząd nie dał odmowy to można było zarejestrować. Taka właśnie furtka umożliwiła oficjalne działanie tego koło różdżkarzy w tej powojennej Polsce.
Różdżkarze ci namawiali mnie abym spróbował swoich sił w tej dość niecodziennej dziedzinie a ja tak naprawdę to chciałem jak najszybciej opuścić to mieszkanie i tych co najmniej dla mnie dziwnych ludzi.
Nie bez powodu chciałem stamtąd wyjść
bo jeśli ktoś mówi, że można za pomocą wahadełka na mapie znaleźć gdzie zakopano zwłoki a gdzie skarby to lepiej być we własnym domu i to jak najszybciej. Przecież jeśli taka metoda byłaby skuteczna to znaleziono by wszystkich zamordowanych i zaginionych. Jeśli można szukać skarbów to dlaczego ten Pan co tak przekonuje mnie do tej metody ma tak wytarte rękawy w marynarce przecież powinno go być stać na nowy garnitur i to nie jeden.
Jednym słowem, pierwszy kontakt z różdżkarzami i radiestezją był zdecydowanie negatywny
dla mnie i dla tych różdżkarzy. Dla mnie bo wyszedłem stamtąd negatywnie nastawiony do radiestezji a dla nich bo na samym początku ich legalnej działalności pierwszy uczeń po prostu uciekł im.
Minęło dobre pięć czy siedem lat od tamtego zdecydowanie nieudanego spotkania z radiestezją. Przez te lata do nowo utworzonej w mojej pamięci szufladki z napisem „różdżkarstwo” zgromadziłem wiele informacji. Były to w większości pozytywne opinie o skuteczności poszukiwania wody w miejscach gdzie z wodą było krucho. Ilość tych pozytywnych informacji wzrosła od czasu gdy postawiłem pasiekę i jeździłem z nią w zgodzie z terminami pożytków /czytaj kwitnących roślin lub drzew miododajnych / po takich różnych zakamarkach gdzie ludzie nie za często się wybierają. Takie dzikie miejsca nie miały wodociągów ale miały bo musiały mieć, studnie.
Wiele z tych studni była wytyczana przez różdżkarzy. Jeśli na podwórku zagrody kopano na chybił trafił pięć dziur w ziemi które nie chciały być studniami a przychodził w końcu ktoś z rozwidlonym kijkiem, wskazywał i woda była to lepszego potwierdzenia skuteczności tej metody poszukiwania wody pod ziemią nie było potrzeby szukać.
Któregoś dnia, późną wiosną, pojechałem obejrzeć i ewentualnie kupić pszczoły w ulach oczywiście. Pojechaliśmy w dwa samochody z sąsiadem i żonami
każdy ze swoją. Było tam na miejscu trochę czasu. Sąsiad opowiedział mi wtedy, że na swojej działce sam wytyczył studnię za pomocą różdżki.
„Tak, to pokaż” - powiedziałem.
Wyciął z krzaka taki rozwidlony patyk z cienkimi końcami, wziął w ręce i chodzi po polu. I nic.
To jak tu uczyć się różdżkarstwa jak nic się nie dzieje?
To może ja spróbuję?
Wziąłem różdżkę ale idę zupełnie w inną stronę niż chodził „nauczyciel”. Idę, nawet dwudziestu metrów nie przeszedłem a tu mi ten patyk z ręki sam wyłazi. E tam
też mi coś ale patyk „wyłazi” i się odchyla. Przeszedłem jeszcze kilka metrów i przestało. Wracam a tu znów patyk wyłazi z ręki czyli jest to wyraźnie związane z miejscem! Czyli jednak działa i to działa na mięśnie rąk a patyk, o przepraszam, różdżka tylko sygnalizuje to co w mięśnie rąk wyczuwają i na dodatek reagują!
Spróbowała moja żona z różdżką ale jak tylko weszła na to miejsce gdzie różdżka u mnie w rękach reagowała przy pierwszym drgnięciu różdżki tak się wystraszyła, że rzuciła ją na ziemię i skończyła się lekcja różdżkowania. Próbowała jeszcze na przestrzeni kilku lat po usilnych namowach brać różdżkę do ręki ale różdżka w jej rękach już nie działała. 

Ot i dziwność.
Jeśli różdżka reaguje w moich rękach w sposób powtarzalny z wyraźnym powiązaniem z konkretnymi miejscami to coś w tym jest. Tylko co? Okazało się że w Instytucie Fizyki tam gdzie wtedy pracowałem jeden z fizyków prywatnie interesuje się różdżkarstwem i ma całkiem spory zbiór literatury na ten temat. Pożyczył, zacząłem czytać i znów tak jak kilka lat wcześniej odrzuciło mnie od radiestezji a tak dokładnie to od tych bzdur na które natrafiłem w tych książkach. 

Jeszcze nie byłem radiestetą a już wiedziałem, że w tych książkach to bzdury piszą?

 Tak ponieważ można było tam znaleźć takie kwiatki :
...jeśli wezmę zegarek na łańcuszku i użyję jako wahadełko to będę mógł odczytywać która żywność jest dobra a która zła...
Po pierwsze to co to znaczy .. jeśli wezmę.. - brał i sprawdził i ktoś to zweryfikował czy nie, czy tylko autor sugeruje, że jeśli kiedyś weźmie?
Po drugie
a niby dlaczego wahadełko miało by wskazywać która żywność jest dobra a która zła?
Przecież
rozumowałem jeśli podświadomość u kogoś jest „nastawiona” na to aby ta osoba umarła to jako dobre pożywienie pokaże wahadełko jak najbardziej szkodliwe. Nieprawdaż? Zresztą ta sama żywność dla jednego może być dobra a dla innego zła więc całe te dywagacje cytowanego tu autora książki o radiestezji są bezsensowne. Gorzej bo w tej i innych książkach roiło się od podobnych bzdur!
To w końcu jest ta radiestezja czy jej nie ma? 

Nie pozostało mi nic innego jak samemu zweryfikować opinie zamieszczane w książkach wszystkie opinie. Punktem wyjścia było różdżka /ręce / reagują w konkretnych miejscach w sposób powtarzalny. 

Co dalej?
Ponieważ już wtedy jeździłem z pszczołami po różnych dość odludnych i raczej mało uczęszczanych miejscach w każdym siedlisku pytałem się o studnie i różdżkarzy. Szczególnie interesowały mnie okolice bezwodne i wskazywane tam przez różdżkarzy studnie. Zbierałem informacje o tym ile studni próbowano wykonać bez wskazania różdżkarza i jaka była trafność wskazań. Interesowałem się też jak wykonywano studnie i na jakie warstwy natrafiano. Oczywiście sam sprawdzałem różdżką takie miejsca. Wyszły bardzo ciekawe spostrzeżenia.
Większość tych studni była umiejscowiona na środku wykrywanego pasa zakłócenia które różdżkarze nazywali ciekiem. Część z tych studni była jednak posadowiona na samy skraju takich zakłóceń. Przy kopaniu tych właśnie studni okazywało się, że od pewnej głębokości prawie dokładnie przez środek studni przechodził podział między warstwą nieprzepuszczalną a wodonośną! O przypadku nie mogło być mowy ponieważ ta sytuacja powtarzała się w odległych od siebie miejscach i studnie wskazywali różni różdżkarze! Studnie trafiały na styk odmiennych struktur.
Czyli ustaliłem drugie istotne dla różdżkarstwa spostrzeżenie
dla części różdżkarzy najsilniejszy sygnał występował na styku odmiennych struktur. Ciekawe? Pewnie że tak, na dodatek natychmiast pojawiło się pytanie „Czy tylko na styku warstwy wodonośnej i warstwy nieprzepuszczalnej występuje taki sygnał?”
Bardzo szybko, po kilku sprawdzianach doszedłem do dość rewelacyjnego wniosku
różdżkarz nie wykrywa wody a jedynie miejsca występowania odmiennych struktur w ziemi w tym także wodę jeśli woda w jakimś miejscy stanowi odmienną strukturę!
Czy wykrywane jest tylko to to przyroda pod ziemią ukryła?
Tu mamy do czynienia z wieloma zagadkami z których tylko część daje się wytłumaczyć.
Pierwsze takie zjawisko jakie zaobserwowałem to wskazania różdżki pod siecią elektryczną a często także równolegle do niej z tym że w jednych miejscach wskazania były silne w innych słabe a jeszcze w innych nie występowały prawie wcale. Jedynym sensownym wytłumaczeniem było to, że siła tych wskazań musi zależna od gruntu a dokładnie to od układu geologicznego terenu! W miejscach gdzie występowały pod ziemią kurzawki zarówno pod samą siecią jak i w pewnej odległości od niej różdżka reagowała tak jak przy tamtych studniach wskazywanych przez różdżkarzy.
Wskazywało to na istnienie zależności wskazań nie tylko od tego co jest pod ziemią ale i co jest nad ziemią. Bardzo ciekawe potwierdzenie tej tezy uzyskałem w dość niecodziennych okolicznościach. Miałem wskazywać miejsce na studnię przy starym dworku. Przede mną było już kilku różdżkarzy ale odwierty nie dawały rezultatów. Wiedzieli o tym właściciele ale ja nie - „zapomnieli” mi o tym powiedzieć. Dość często zresztą spotykana metoda.
Wytyczyłem miejsce pod studnię a tu gospodarz wyciąga plan sporządzony przez innego różdżkarza i te dwa wskazania tamtego różdżkarza i moje różnią się całkowicie. Bywa tak czasami ale dlaczego?
Przyglądam się planowi, zresztą bardzo dokładnie zrobionemu w tej części pod budynkiem i widzę, że dość dziwny rozkład zakłóceń dokładnie, jota w jotę, odpowiada załamaniom dachu, wręcz poszczególnym belkom. Natomiast część rysunku obejmującego teren przed budynkiem dokładnie odpowiadał przebiegowi sieci elektrycznej. Czyli rozbieżność wskazań dało się dość prosto wyjaśnić. Różdżkarz, ten co był przed mną posługiwał się wahadełkiem i wykrywał bardzo słabe zakłócenia.
To dlaczego wyniki eksperymentu zwanego „stodoła” przeprowadzonego w Niemczech przytaczane są jako zaprzeczenie istnienia radiestezji? Ten eksperyment przeprowadzono w ten sposób, że w specjalnie przygotowanej stodole pod podłogą umieszczoną cienką rurę przez którą przepływała woda. Rurę tę można było przesuwać w sposób niewidoczny dla różdżkarzy. Zadaniem biorących udział w eksperymencie było wykrycie aktualnego miejsca tej rury. Wyniki wskazań w większości były negatywne.
Dlaczego?
Sądzę, że były podstawowe dwie przyczyny. Rura użyta do eksperymentów była zbyt cienka i nie była umieszczona w ziemi!
Można było zupełnie inaczej przygotować eksperyment. Można było wybrać pole pod którym przebiega rurociąg zakopany wiele lat temu i bez widocznych gołym okiem śladów które by umożliwiały ustalenie gdzie go szukać.
Można było wybrać dla sprawdzenia różdżkarzy miejsca gdzie wprowadzono pod ziemię naturalne strumienie lub takie gdzie kanały burzowe zrzucają wodę. Nawet miejsca gdzie są przejścia podziemne były by lepszym terenem testowania niż ta nieszczęsna rura która ma się nijak do tego co w praktyce szukają różdżkarze.
Bardzo ciekawe wyniki można by uzyskać gdyby zlecono różdżkarzom znajdowanie tych kilku wymienionych przeze mnie miejsc ale eksperyment „stodoła” przygotowano bez konsultacji i wyniki musiały być takie jakie były.
W maju 2000 czy 2001 roku otrzymałem zlecenie na wytyczenie przebiegu kanałów niedokończonego metra w Warszawie na Pradze.
Nie było planów?
Były, a jakże tylko nijak się miały do rzeczywistego układu metra. Rosjanie zostawili plany fałszywe lub niepełne.
To po co szukać te kanały jeśli po tylu latach były one już nie do użytku?
Te kanały były pod Dworcem Wileńskim a tam miał powstać duży dom handlowy. Trzeba było znaleźć te wszystkie tunele i pomieszczenia, nawiercić stropy i zalać je betonem.
To nie ma innych metod poszukiwania takich tuneli?
Są i wykorzystano je tam ale efekty były mizerne. Na dziesięć wykonanych odwiertów tylko dwa natrafiły na stropy kanałów. Wynik taki sobie i to na dodatek te dwa trafione odwierty to były obok głównego szybu tego niedokończonego metra.
Tego typu zlecenia trafiają się bardzo rzadko i niosą że sobą kilka nieuchronnych niebezpieczeństw. Otóż zakłócenia radiestezyjne pochodzące od konstrukcji umieszczonych w ziemi przez człowieka są o wiele słabsze od tych które pochodzą od samej przyrody. Oznacza to, że jeśli na sprawdzanym terenie występują naturalne czyli silne zakłócenia to te słabe pochodzące od konstrukcji mogą być trudne do wykrycia a jeśli jedne i drugie nakładają się na siebie to odczyt może być niemożliwy lub solidnie zniekształcony.
Pomyślałem
nie spróbujesz, nie zobaczysz Zgłoszenie przyjąłem i jadę na Pragę. Dół już całkiem ładny został wykopany między torami a dawnym budynkiem Dworca Wileńskiego a w dole wre praca. No może w jednym miejscu nie przy wiertni stali zmartwieni pracownicy.
„Przecież tu powinien być według metody elektrooporowej kanał a kanału nie ma”. Tonący to i brzytwy się chwyta więc pewnie dlatego zdecydowali się wezwać różdżkarza a wypadło nie wiem czemu na mnie.
Sprawdzam, jest odczyt, wskazanie na trzymetrowy kanał. Wiertnia stoi siedemdziesiąt centymetrów od ściany kanału.
„Panowie, przesuńcie wiertnię o 2,2 metra i powinnyście trafić na środek tunelu.”
Nie bardzo wierzyli tym bardziej, że znalezienie tego kanału nawet piętnastu minut mi nie zajęło ale wybór mieli raczej niewielki.
Na drugi dzień mam telefon od wiertaczy:
„Panie, jest Metro, przyjeżdżaj Pan trzeba pozostałe tunele znaleźć”.
Dobra wiadomość jadę tam.
„Wie Pan, myśmy tak nie bardzo wierzyli, że tylko tyle trzeba było wiertnię przestawić i przesunęliśmy o ponad trzy metry i okazało się że natrafiliśmy na ukos ściany a więc miał Pan rację. Trzeba było przestawić o te 2, 2 metra”
Przechodzę z poszukiwaniami w kierunku peronów a tam wyraźne zaznaczenia pozostawione przez tych fachowców od metody elektrooporowej tylko, że mnie wychodzi kanał dobre osiem metrów w bok od tego zaznaczenia. Dziwne, więc zrobiłem zdjęcie tak aby było widać gdzie ja a gdzie oni wyznaczyli. I co? Wyszło na moje. Tunel był tam gdzie ja wskazałem.
Przy wytyczaniu tego tunelu pod peronami miałem pewien problem
wskazanie było zależne od tego czy szedłem na wschód czy na zachód. Wskazanie nad tunelem powinno być niezależne od kierunku poruszania się a tu zagadka.
Jeśli mam inne wskazanie przy przechodzeniu na terenem sprawdzanym w jednym kierunku a inne przy powrocie to jest bardzo prawdopodobne, że mam do czynienia z pochyloną w stosunku do powierzchni strukturą pod ziemią.
W tamtym miejscu takie zakłócenia we wskazaniach mogły wynikać albo z rozwidlania się korytarzy albo korytarze wychodziły ku powierzchni.
Zapomniałem dodać
metro było na trzydziestu metrach i dawało się czytać bardzo dokładnie nawet komory ułożone wzdłuż korytarzy można było dokładnie rozrysować.
Czy miałem w swojej praktyce do czynienia w swojej praktyce z innymi miejscami gdzie trzeba było szukać instalacji podziemnych? Nie, ale zdarzało się, że instalacje podziemne „wychodziły” przy okazji sprawdzania terenów pod zabudowę lub przy wytyczaniu miejsc pod studnie.
Gdzieś na samym początku mojej praktyki radiestezyjnej miałem sprawdzić obszar prawie siedemnastu hektarów pod zabudowę na ówczesnych granicach Płocka. W kilku miejscach pod ziemią były umieszczone instalacje. Część z nich była zaznaczona na planach które dostałem część nie. W poprzek sprawdzanego terenu przebiegały rury, grube rury chyba od oczyszczalni ścieków. Ciekawym doświadczeniem dla mnie było to, że w jednych miejscach miałem wskazanie dokładnie nad rurami a na innych odcinkach po obu stronach rur ale nie nad samymi rurami czyli wskazania musiały być czymś modyfikowane.
Czym?
Prawdopodobnie to układ warstw podziemnych decydował o odczycie.
Miałem też w swojej praktyce przygody tak unikalne, że życie można przeżyć i nie spotkać się z drugim tego typu przypadkiem, bo jak określić inaczej przygodę jaką miałem w willi na Górnym Mokotowie w Warszawie?
W przedwojennej willi mieszkało małżeństwo z dwójką dzieci. Starsze z dzieci miało już około dziesięciu lat a to młodsze niecały rok. To najmłodsze często chorowało. Lekarz nie mogąc dojść przyczyny takiego nawału objawów chorób u malucha nieśmiało zaproponował aby może radiesteta sprawdził mieszkanie. Wypadło na mnie. Sprawdzam po zewnętrznej stronie budynek
jest niezbyt szerokie zakłócenie. Chyba nawet nie trzeba będzie ekranować. Sprawdzam wewnątrz i okazuje się, że przy tak ogromnej powierzchni jaką właściciele mieli do wyboru to łóżeczko malucha stoi dokładnie na tym jedynym, wąskim pasie zakłócenia! Wystarczy przesunąć łóżeczko o niecałe dwa metry i dziecko będzie spało w spokojnym miejscu.
Sprawdzam dalej pomieszczenia a tu niespodzianka bo w salonie mam takie wskazania jakie występują nad kamieniami. Nic nie mówię bo kto to widział aby w salonie były kamienie
pod podłogą i to duże?
Przerwałem różdżkowanie, poprosiłem o herbatę i myślę. Intensywnie myślę co to może być. Po kwadransie znów sprawdzam ten „salon”. Wyraźnie wskazanie analogiczne do kamieni. Nie mam wyboru
mówię właścicielom co mi wychodzi
„Tak, ma Pan rację pod salonem są nie tylko kamienie ale i bomba lotnicza”
„Jak to?”
„W czasie wojny bomba trafiła w budynek, zawaliła stropy, ugrzęzła w piwnicy i nie wybuchła. Poprzedni właściciel na ten gruz i na bombę jeszcze kamieni nakładł”.
Można życie przeżyć i o takim przypadku nie słyszeć?
Można.
W innym miejscu i w innym czasie sprawdzałem nowo wybudowaną willę a tak naprawdę to dwie pobudowane na tej samej działce. Duża
młodego małżeństwa i mały domek dla dwojga starszych ludzi czyli rodziców.
Jak zwykle sprawdzam najpierw po zewnętrznej stronie budynków
jest zakłócenie dość silne wchodzi pod budynek i z drugiej jego strony wychodzi ale mam też inne wskazanie prawie półtorametrowe połączenie między budynkami! Pytam właścicieli o ten tunel - „Skąd Pan wie o przejściu?”
„Wskazuje mi tu i idzie tak”
„Tak ma Pan rację”
Sprawdzam tę dużą willę a tu wewnątrz cisza radiestezyjna
duże, silne i szerokie zakłócenie wchodzi pod budynek ale wewnątrz budynku cisza! Budynek jest zaekranowany!
„Czy pod budynkiem dawaliście Państwo keramzyt?”
„Nie”
„Czy ktoś już ten budynek ekranował?”
„Nie”
Przecież coś go musiało zaekranować
tylko co?
Okazało się, że w stropach użyto pustaków keramzytowych. Keramzyt bardzo skutecznie, radiestezyjnie ekranuje budynki!
SJS       2 październik 2004 roku


Kot kosmonauta

Pewnego razu pojechałem poza Warszawę wody szukać. Na potrzeby tego siedliska już wiercono kilka studni ale rezultaty były mizerne więc wezwano mnie. Tak bez wody żyć to ciężko. Widziałem naprawdę piękne domy które ludzie sprzedawali bo były kłopoty z wodą. Czasami był to brak wody, czasami nadmiar a czasami woda była wyjątkowo złej jakości.
Gdy wyjąłem różdżki i zacząłem sprawdzać teren to oczywiście ciekawa jak to się wody szuka gospodyni, z kotem syjamskim na ręku, chodziła za mną krok w krok. Ponieważ wyszło mi że jedna ze studni była posadowiona na pasie zakłócenia radiestezyjnego który uważałem za dobre miejsce na ujęcie wody chciałem sprawdzić jaką konstrukcję miała ta studnia. W tym celu trzeba było odsunąć płytę przykrywającą ujęcie wody i potrzebna mi była pomoc gospodyni.
Gospodyni postawiła całkiem zdziwionego kota - nie kota tylko salonowego poduszkowca - na ziemi. Kocina z obrzydzeniem otrząsała swoje łapy ale w żaden sposób nie mogła oderwać wszystkich czterech łap od tej wstrętnej, mokrej ziemi jednocześnie.
Bestia podnosząc te swoje łapy przeznaczone do wyższych celów wiedziona chyba instynktem dolazła do pierwszego z brzegu drzewa i zaczęła włazić na nie. Patrzę na te nieporadne ruchu kota i pytam gospodyni "czy kotu się nic nie stanie - bo właśnie włazi na drzewo?"
" Nie - on nigdy nie wszedł wyżej niż na poduszkę" - odpowiedziała.
Acha, czyli to tylko próby kociej sprawności - pomyślałem.
Zanim żeśmy się obejrzeli ta syjamska niedołęgą wlazła na prawie sam czubek tak na oko chyba dziesięciometrowego drzewa i zaczęła się drzeć się wniebogłosy. To trzeba było odłożyć sprawdzanie co z wodą i zająć się kotem który darł się coraz głośniej tak, że nawet wzbudziło to zainteresowanie okolicznych ptaków. Te to dopiero były zdziwione!
"Ma Pani drabinę?"
"Nie."
"A może bosak?"
"Też nie."
Wynieśliśmy więc starym partyzanckim sposobem stół pod to wrzeszczące drzewo Widział kto kiedy drzewo co się drze wniebogłosy i to jeszcze w kocim języku?
Na stole postawiłem krzesło a na końcu jakiegoś kija zamocowałem coś w rodzaju haka. Drzewo było cienkie ale wysokie i przy ziemi pień był już na tyle sztywny, że naginanie było możliwe tak gdzieś od wysokości pierwszego piętra. Konstrukcja - stół, krzesło, ja i kij z hakiem sięgała na wystarczająca wysokość, jak się wydawało, dla ratowania kota.
Kot co prawda był na wysokości gdzieś tak trzeciego piętra ale istniała szansa, że jak się drzewo nagnie to kotu starczy rozumu aby zeskoczyć na ziemię.
Wszedłem na stół, wszedłem na krzesło na tym stole, hakiem zaczepiłem jak najwyżej mogłem pień i zacząłem operację pod tytułem "kot bezpiecznie ląduje na ziemi". Nie przewidziałem, że kot nie chce być na ziemi i nie chce być na drzewie - kot chciał już być w domu, na poduszce i to bez etapów pośrednich. Jak już nagiąłem drzewo w pałąk tak aby można było złapać za obciążony kotem wierzchołek to kot wykręcił się i zaczął wędrować po pniu w kierunku najwyższego w tym momencie punktu drzewa czyli w kierunku środka utworzonego z pnia łuku. Złapałem co prawda za czubek drzewa lecz wędrówka kota odciążyła go i czuję jak mi się powoli gałąź wyślizguje z ręki - jeśli puszczę to kot zostanie jak nic kosmonautą. Tak sądzę że ze trzy posesje ta durna bestia by przeleciała co najmniej a ja chyba miałbym kłopoty z wyegzekwowaniem zapłaty za wytyczenie studni. Ściskam więc resztką sił te wysuwające się drobne gałązki i liście i drę się teraz ja głośniej od kota aby gospodyni mi pomogła trzymać ten koniec katapulty.
Kot całe szczęście wyliczył że bliżej do gospodyni jest przez nagięty wierzchołek i zaczął znów przesuwać się do trzymanej coraz rozpaczliwej przeze mnie części drzewa, dociążył tym samym wierzchołek, złapałem mocniej za gałęzie i w ten sposób Polska nie może zapisać jako sukces wysłanie w kosmos kota - kosmonauty.
SJS


A wszystko latało...
Poproszono mnie abym sprawdził czy można ustalić przyczyny nienormalnego zachowywania się domu. Niegrzeczny dom? I to ponoć nawet bardzo niegrzeczny przynajmniej tak twierdził jego właściciel. Opisywał on, właściciel nie dom, że co pewien czas w domu miały miejsce dziwne wydarzenia latały przedmioty, talerz z jedzeniem sam bez niczyjej pomocy potrafił wylądować na ścianie przygasały światła, psuły się komputery i to wszystko w biały dzień.
Czytałem o takich domach, nawet w telewizji pokazywali ale ani opisy ani to co pokazywano nie dawało podstaw aby te historie traktować jako wiarygodne. Problem z nimi był taki, że informacje o tego typu zjawiskach pochodziły z różnych stron świata i z różnych okresów historycznych a więc może coś w tym jest?
Poproszono, więc skorzystałem
trzeba zobaczyć na własne oczy jak to wygląda i czy jest to jedynie wymysł czyjejś wyobraźni czy nie.
Stary, przedwojenny dom oficera na warszawskim Żoliborzu, blisko skarpy i blisko cytadeli. Sprawdzam dom po zewnętrznej
nic nie wskazuje aby były tam silne zakłócenia radiestezyjne. Nie mam też wskazań które by sygnalizowały naprężenia w samej skarpie pod budynkiem. Pytam o szczegóły samego właściciela o on chętnie opowiada o tych latających przedmiotach ale coś mi nie pasuje. Powołuje się on na swojego pracownika, na sąsiadów a tymczasem oni widzieli tylko skutki a nie widzieli żadnych latających przedmiotów a jedynie ślady po tych „lotach” na ścianie.
Schodzimy do piwnicy, gospodarz tuż za nami i w tym momencie gdy gospodarz trzyma się poręczy schodów przygasa, w końcu gaśnie i znów się zapala światło. Jak na duchy to raczej niewiele.
Wracamy na górę, na parter, sprawdzam wszystko jeszcze raz
stwierdzam brak jakichkolwiek oznak nietypowych wskazań radiestezyjnych ale mam ze sobą miernik do szukania przewodów w ścianach i jest on wyposażony także we wskaźnik pola elektromagnetycznego. Sprawdzam więc nim i tu niespodzianka normalnie to przewody w ścianie wykrywa się tym urządzeniem z odległości 3-5 centymetrów a tu ściany wykrywam z około metra.
Ściana promieniuje, ponad metr od podłogi też jeszcze wykrywam tym przyrządem promieniowanie elektromagnetyczne. Co jest? Przecież jeśli ten miernik wykrywa z kilku centymetrów moc kilkuset miliwatów to jaka może to być moc, że wykrywa z ponad metra. Przecież tłumienie rośnie z kwadratem odległości więc to muszą być moce liczone chyba w kilowatach! Co tak może promieniować? Bliska jednostka wojskowa sieje taką mocą? Bez sensu. To co? Kiedyś, wiele lat temu miałem do czynienia z czymś co podobnie „siało” ale to była „samoróbka” zgrzewarka do folii. A może jednak wojsko?
To promieniowanie oczywiście nie mogło mieć nic wspólnego z „lataniem” przedmiotów ale należało to zjawisko zbadać i znaleźć źródło. Dlaczego odrzuciłem wersję latających przedmiotów?
Może nie do końca odrzuciłem lecz ponieważ nikt oprócz właściciela nie widział tych niecodziennych efektów a on powoływał się na świadków którzy po dokładnym przepytaniu nie potwierdzili wersji podawanych przez właściciela willi więc moje wątpliwości rosły pomimo tego, że wiedziałem o istnieniu na świecie miejsc w których występowały anomalie grawitacyjne.
Po co więc interesowałem się tym promieniowaniem? Brałem pod uwagę możliwość występowania zjawiska o którym słyszałem a mianowicie ponoć na uskoku mogą pojawiać się znaczne potencjały elektryczne. Tak duże, że mogą być wykrywane podobnie jak fale elektromagnetyczne. Szukałem więc możliwości powiązania tego zjawiska które wykrywałem przyrządem z anomaliami grawitacyjnymi. Czy znalazłem?
Poprosiłem aby do tego domu ściągnięto skaner którym można ustalić występujące tam częstotliwości. Jeśli to by była jedna częstotliwość podejrzewać by trzeba wojsko i złe ustawienie radiostacji, radiolinii lub nawet radaru. Jeśli występowałoby całe spektrum częstotliwości to wtedy podejrzana by była jakaś samoróbka.
Jaki był wynik?
Wyszło, że ktoś się bawił w „nieznane zjawiska” pomagając im trochę.
Przejrzałem taśmy z nagraniami jakie wtedy było robione i wychwyciłem taką sekundę gdy właściciel sądził, że go nikt nie nagrywa
miał wyraz twarzy człowieka który wszystkich wyprowadził w pole.
Czyli z tym lataniem przedmiotów to bujda? W tamtym przypadku na pewno ale to nie przesądza czy takie zjawiska mogą występować czy nie.
Dlatego gdy znów pojawiła się propozycja wyjazdu do podobnie nawiedzonego domu nie odmówiłem.
Wnuczka z dziadkiem mieli być świadkami już nie tylko latania przedmiotów a wręcz przemieszczania się prawie wszystkiego i prawie wszędzie.
Po przyjechaniu na miejsce dowiedziałem się, że podczas wyjazdu rodziców, dziadek i wnuczka zamieszkali razem w starym, bo jeszcze z czasów gdy konie były jedynym, szybkim środkiem przemieszczania się, domu. Dopóki mieszkał tam sam dziadek nic się nie działo ciekawego dopiero pojawienie się dorastającej wnuczki uruchomiły się wszystkie „niszczycielskie moce”. Ciężkie lustra same spadały, szuflady wylatywały na podłogę, cukier, mąka, ponoć także fruwać umiały
jednym słowem duchy jak nic. No to szukamy duchów.
Najpierw uważnie wysłuchałem to co mieli do powiedzenia dziadek i wnuczka. Według nich to meble i przedmioty ożywały spadając, latając, przemieszczając się zupełnie bez widocznych przyczyn. Oboje tak się tych nieprawdopodobnych zjawisk wystraszyli, że zamknęli z tym śladami działania „sił nadprzyrodzonych” i wynieśli się do domu rodziców wnuczki. Wyglądało, że najbardziej wystraszona była wnuczka i dlatego zdziwiłem się niezmiernie gdy to właśnie ona jako pierwsza wbiegła do tego nawiedzonego domu gdy go wraz z ekipą telewizyjną otworzyliśmy.
Wchodzę i ja
niezbyt przyjemny zapach bo zepsuła się żywność. Zniszczenia wewnątrz niesamowite lecz szybko wyłapuję brak jakiegoś sensownego wspólnego mianownika dla tego co tam zobaczyłem. Bo tak, gdyby to był jakiś zamknięty w domu zwierzak to tylko przedmioty o jego wadze leżałyby na podłodze i wszystko co może pęknąć byłoby potłuczone a tu i lekkie i ciężkie przedmioty „przemieszczały” się tak aby nic co wartościowe nie zostało zniszczone. Więc nie zwierzak i nie duchy.
Podchodzę do telewizora a on leży na ekranie na dość wąskim stoliku. Telewizor ciężki i od razu orientuję się, że potrzeba było dwóch osób aby go podnieść i delikatnie przekręcić i położyć na stoliku. Acha, to te duchy to dwie osoby ale kto i dlaczego? Dziadek i wnuczka? Chyba nie.
Wchodzę do kuchni jako pierwszy, mąka, cukier rozsypane na podłodze i widzę wyraźny ślad małej, bose stopy. Pytam wnuczki:
„A ty co? Na bosaka tu biegałaś?” - a ta odruchowo odpowiada, że w rajstopach
czyli mam pierwszego ducha. A dziadek? Jego śladów nie widać ale dziadek przyznaje się tylko do tego, że widział jak ciężki, zabytkowy wieszak sam spadł na ziemię. A co z resztą?
Przyglądam się szufladom które ułożone w dziwny stos nie straciły swojej zawartości i dość stabilnie to się trzyma. Czyli duchy które dokładnie znają prawa grawitacji i jeszcze ten zegar co się wtedy gdy to się wszystko działo się zatrzymał a teraz chodzi. Otwieram skrzynkę zegara, leży kluczyk do nakręcania. Nakręcam każdą ze sprężyn, czyli tę od chodzenia i tę od bicia licząc ile potrzebuję wykonać obrotów. Wychodzi, że około trzech dni temu zegar był nakręcany a mieszkanie ponoć było zamknięte na klucz dobre siedem dni temu.
Kto tu w międzyczasie przychodził i jak wchodził?
Duch troszczy się o zegar?
E, coś tu kupy się nie trzyma
kto to i po co to wszystko wymyślił?
Wyszliśmy z mieszkania na zewnątrz. Przed wejściem ławeczka. Siedliśmy i ktoś mówi:
„O, tu są podczepione jakieś klucze”
Okazało się, że ktoś ukrył pod ławeczką klucze do tego nawiedzonego mieszkania! Duchom to raczej klucze są niepotrzebne. Komu więc zależało aby dziadkowi napędzić strachu tak aby wyniósł się do innego mieszkania?
Wnuczka z kolegą?
Może ktoś jeszcze brał w tym udział?
Nie wiem.
Ponieważ moim zadaniem było stwierdzenie czy dom rzeczywiście został „nawiedzony” orzekłem, że nie mam najmniejszych wątpliwości, że wszystko co widziałem było wykonane przez przynajmniej dwie osoby i tyle z duchów pozostało.
A jak z innymi nawiedzonymi domami?
Nie wiem. Te dwa które sprawdzałem nie wykazywały, oprócz pomysłowości ludzi, żadnych cech nadnaturalnych.
SJS 20 XII 2004 sanatorium Szczawno Zdrój


Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego