Petersburg - Stefan Jerzy Siudalski

 Statystyki
Przejdź do treści

Menu główne:

Petersburg

Wędrówki

Lenin czy Pioter?
Czy można wjechać do Leningradu a wyjechać z Petersburga?
Tak dokładnie to z Saint Petersburga albo jak kto woli z Sant Peterburga. Myślę, że było to nieporównywalnie ciekawsze przeżycie niż to co czego doświadczyli pasażerowie pociągów które wyjechały gdzieś tak na wiosnę 53 roku do Katowic a dojechały do Stalinogrodu. Większość pasażerów tych kilku "zagubionych" pociągów nie chciało wysiadać z wagonów a ponoć miny mieli raczej takie sobie. Żeby zrozumieć co ci ludzie czuli to tak trzeba przypomnieć jaki to był czas. Koszmar wojny zakończył się dopiero osiem lat temu, koszmar czasów stalinowskich dotknął każdego i co gorsza narastał a żadne miejsce nie było pewne, chwila radości i nadziei jaka pojawiła się wraz z wiadomością o śmierci Stalina była i wątła i krótka. Ludzi aresztowano pod byle pretekstem - zepsuł się trolejbus - ktoś z pasażerów skomentował "jaki to złom ZSSR nam daje" i już ten człowiek do domu nie wrócił. Tak od razu z ulicy wzięli i teraz proszę sobie wyobrazić - wieczorem siadasz w takich czasach w Warszawie w pociąg do Katowic a po całonocnej podróży o oznaczonej porze okazuje się, że jesteś w mieście którego nazwy nigdy nie słyszałeś i na pewno w Polsce takiego miasta nie było a megafony wyraźnie zapowiadają, że jesteś w Stalinogrodzie i napisy na tej stacji też "Stalinogród" - to co pomyślisz? Koszmar, wywieźli jak nic do Sowietów, za co?- Żydów przecież Niemcy też tak niby wieźli do stacji Treblinka - oj niedobrze, niedobrze.
Kto to mógł przypuszczać, że w nocy Katowice stały się Stalinogrodem.
Moja przygoda z Leningradem była o wiele przyjemniejsza. Zaczęła się gdy Lala zaproponowała wycieczkę do Leningradu, wycieczkę tak prywatnie, samochodem do Leningradu a był to rok 1991 czyli dwa lata wcześniej skończyła się Epoka Kamienia Jaruzelskiego.
Wsiedliśmy więc w dwa samochody naszego Malucha i Żiguli którym Igor do Polski do nas przyjechał i ruszyliśmy w kierunku granicy do Brześcia. Już kilka razy tę granicę przekraczałem ale zawsze pociągiem - wrażenia futurystyczne, nierealne miałem ale tak samochodem to pierwszy raz.
Świat baśniowy to i przygody też nierealne - bo jak opisać 36 godzin stania w kolejce samochodów do granicy? Zasnąć? Przecież co kilka - kilkanaście minut ta kolejka rusza o jeden o dwa samochody. Gdybym wiedział, że kolejka ma ponad dziesięć kilometrów to pewnie bym, zawrócił do domu do Warszawy - to tylko niecałe dwie godziny jazdy - no tak ale po drugiej stronie granicy też tylko niecałe dwie godziny jazdy do Słonima.
To w końcu do Słonima czy do Leningradu jechałem?
Do Słonima trzeba było dojechać, tam mieliśmy zostawić naszego Malucha i dalej już Żiguli na miejscowych numerach bo inaczej to by było trudno.
A kolejka?
A kto mógł przypuszczać, że coś takiego może się zdarzyć?
Bez wody, bez toalety, bez jedzenia i bez informacji ile jeszcze trzeba czekać. Nawet krzaków to przy tej drodze nie było i drzew co by cień dawały też.
To jak ludzie sobie radzili?
Może nie będę opisywał - ciekawe tylko czy chłopi miejscowi ci których pola przylegały do tej drogi to byli zadowoleni czy nie? Myślę że raczej nie.
W nocy jak była zmiana celników to nawet przez godzinę, dwie kolejka nie podjeżdżała nawet o samochód i wtedy się zdrzemnąłem. Igor, młodszy ode mnie wcale nie spał - tak dwie doby.
Granicę to przekroczyliśmy około 23 czyli już w nocy. Igor oszczędzał i chciał kupić benzynę w Brześciu po drugiej stronie granicy bo to za ruble ale o tej godzinie to w tym dużym mieście stacje benzynowe już były nieczynne a w samochodzie Igora paliwa nie za dużo. Co robić? Nic, trzeba jechać dokąd da się dojechać, może po drodze coś będzie można kupić. Jedziemy więc na skróty - ja jadę tamtędy pierwszy raz - Igor prowadzi, zna drogę. Tak gdzieś na trzydziestym kilometrze na skrzyżowaniu co wg mnie i mapy powinniśmy skręcić w prawo Igor jedzie prosto - mrugam światłami - zatrzymał się.
Pytam czy na pewno dobrze jedziemy?
Tak - znam tą drogę.
Jedziemy, jedziemy droga prosta równa, betonowa i żadnych samochodów tylko my. A że czterdzieści kilometrów przejechaliśmy jak nad drogą napis przeczytałem "Puszcza Białowieszczańska" czy jakoś tak bo to było cyrylicą. Dobry wynik ja mawiał Krzyś - nie dość, że nie mamy paliwa to do Białowieży blisko tylko granica i już.
To teraz już Igor nie miał wątpliwości - miałem rację - ale z benzyną krucho. Słucham i słyszę, że coś tak szumi z daleka. Światła na drodze a więc nie tylko my tutaj - jakiś samochód jedzie, zatrzymujemy, pytamy o benzynę - pięć litrów odstąpi, też dobrze.
Wracamy - do tego skrzyżowania co powinniśmy skręcić i na Słonim - jeszcze jakieś 150 kilometrów przed nami. Po drodze stacje nawet były benzynowe ale wszystkie zamknięte. Tak po 50 kilometrach zatrzymujemy się bo Igor ma już resztki paliwa na jakimś oświetlonym skrzyżowaniu, chyba nawet przy stacji benzynowej i dumamy co tu zrobić. Już bliżej do rana niż do północy, nikogo nie będziemy budzić przecież, czekamy. Niedługo nawet czekaliśmy - jedzie samochód - wychodzę zatrzymać - dodał gazu, przejechał obok ale po jakiś dwustu metrach zatrzymał się i wraca. Okazuje się, że Polak, Malucha zobaczył a więc Polacy potrzebują pomocy.
"Benzyny- ma Pan?"
"Nie bardzo ale te kilka litrów odstąpię."
Jedziemy więc dalej. Igor pierwszy - ja zanim. Patrzę a samochód Igora raz na środku jezdni raz przy krawężniku - daję sygnał światłami. Igor się zatrzymał - mówię - zasypiasz, przebiegnij się, przysiady i dopiero jak dojdziesz do siebie pojedziemy dalej. Dojechaliśmy nad ranem - do Słonima a do Leningradu jeszcze tylko 1000 kilometrów.
Kto to Lala? Lala to Polka która jako dziecko została po tamtej stronie granicy, matka Igora i Jury. Wyszła za Białorusina - porządny chłop był z Koli a mimo to Lala chciała w Polsce mieszkać. Kola był sporo od niej starszy więc mówiła, że jakby Kola umarł to ona do Polski się sprowadzi. Umarła pierwsza a Kola z rozpaczy w kilka miesięcy po niej.
Kola pracował na Syberii - miesiąc pracy, miesiąc wolnego. Opowiadał jak wygląda tam wiosna. Śnieg znikał bardzo szybko, wiosna przychodziła nagle ale ziemi nie było widać. Po horyzont leżały - butelki, puste butelki, potłuczone butelki - coś przecież trzeba było robić przez te zimowe wieczory.
SJS

Ermitaż - tu nie wolno tu czysto

Jakoś udało się szczęśliwie dojechać do Leningradu. Dobrze, że Jura obeznany w tamtejszych realiach wypełnił cały bagażnik kanistrami z benzyną. Stacje benzynowe to nawet były po drodze ale benzynę to można było kupić dopiero tak gdzieś około 100 kilometrów przed Leningradem - ponad 800 kilometrów i ani kropli benzyny na stacjach.
Drogi były niezmiernie ciekawe, inne niż u nas, szerokie i nawet w większości utwardzone.
To znaczy, że to były drogi polne?
Nie, u nas nie ma odpowiednika tamtych dróg- najczęściej były szerokie tak na trzy pasy ruchu w jedną stronę, całe odcinki były pokryte asfaltem oprócz tej jednej drogi co zabłądziliśmy do Puszczy Białowieszczańskiej, ale tamta to była rokada - wojskowa, betonowa. Zdarzało się, że jechaliśmy piękną, szeroką drogą, asfaltową - droga która nagle urywała się i dalej była droga o tej samej szerokości ale szutrowo- błotnisto - kamienna. Kamienie na niej to nie były u nas tak dobrze znane brukowce tylko kambulce wielkości głowy człowieka dość nieregularnie rozłożone w różnych miejscach tej drogi. Dobrze, że nie pojechaliśmy naszym maluchem, dzięki temu dojechaliśmy. Opony po drodze naprawialiśmy trzy razy - w tamtą stronę.

Miejsce do którego jechaliśmy śniło mi się kilka razy - piękne wysokie budynki stojące przy kanałach z wodą - wchodzę do wnętrza jednego z budynków a tam zniszczenie, brud prawie ruina. Ot taki sen co się potrafi powtarzać.

Miasto nad Newą jest rzeczywiście piękne car Piotr który tak wysoko cenił naszego króla Jana III Sobieskiego stworzył perłę. Zachwyceni, wręcz zaszokowani miastem, jego zwodzonymi mostami, pełnomorskimi statkami które wpływają do centrum miasta poszliśmy zwiedzać zbiory Ermitażu. Wrażenia trudne do opowiedzenia, zbiory obrazów największych mistrzów europejskich które być może nigdzie więcej w Europie nie są tak bogate, tak liczne.
Po kilku godzinach nogi odmówiły posłuszeństwa - cóż z tego, że oczy jeszcze chcą oglądać gdy co chwilę mam ochotę usiąść. Wypatrzyłem napis KAFE - to idziemy tam -jest kawa i ciastka też. Staję w kolejce - proszę o kawę i ciastka - a nie u mnie to kawa a ciastka to trzeba stanąć w drugiej kolejce u koleżanki.
"Dlaczego? Przecież to ta sama. lada!"
"Bo my się osobno rozliczamy!"
No dobrze - kupiłem kawę u jednej, ciastka u drugiej i z tacą rozglądam się gdzie tu siąść - o jest miejsce. Idę tam stawiam tacę i prawie natychmiast przychodzi Baba ze ścierą i mówi:
"Tu nie wolno bo tu czysto" .
Zamurowało nas - chwila zdumionej ciszy i ryknęliśmy śmiechem.
Babę wywiało.
Oj trudno rządzić tym krajem, bardzo trudno.
29. Fot. Tak na pamiątkę, Petersburg
Zuzia czyli Ewa, Jura Żuk i ja
Chciałem sprawdzić swój sen o Petersburgu - więc wszedłem do takiego jednego z domów i zobaczyłem, że odnowione są tylko frontony domów a wewnątrz, ruina, wieloletnie zaniedbanie - sen mara, jeszcze dziś to widzę.
Jak już wjeżdżaliśmy do Leningradu to okazało się że mieszkańcy nie używają tej nazwy - mówili z dumą Saint Pitersburg i tak jechaliśmy do Leningradu a wyjeżdżaliśmy z Petersburga. Oficjalna zmiana nazwy nastąpiła we wrześniu 1991 roku.
SJS

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego